wtorek, 1 grudnia 2015

ROZDZIAŁ 6

- Gdzie teraz? - Colan zapytał w drodze do... w sumie nigdzie nie jechaliśmy. Po prostu przed siebie.
- Nie mam pojęcia. - emocje sprzed chwili jeszcze nie opadły.
- Rozluźnij się trochę. - zaczął coś pisać na telefonie.
- Próbuję, ale chuja to daje.
- Zmień słownictwo. - wkurwił się. Rzucił telefon na deskę rozdzielczą.
- Skończ. - oparłam głowę o szybę śledząc krawężnik blisko drogi. Nie chcę się kłócić, zwłaszcza z osobą, którą teraz jako jedyną mam. Nie drążył tematu. Jechaliśmy w ciszy. W ciszy której potrzebowałam. Spotkanie z Harrym nie należało do dobrych wspomnień. Pomimo, że odbyło się ono w miarę spokojnie to nie chcę wracać do tego myślami.
Po jakiś 15 minutach Clinton zjechał do ekskluzywnej restauracji. Mieściła się w jednym z wielkich staromodnych kamienic. Klimat na zewnątrz był w szarości i mocnej czerwieni.
- Colan, nie stać mnie na jedzenie w tym miejscu. I mieliśmy poszukać mieszkania. - poinformowałam go uważnie śledząc jego ruchy. Odpinał się z pasa i zbierał swoje rzeczy z auta.
- Mieszkania można poszukać kiedyindziej. Na przykład jutro. A kolacje jak raz Ci postawię to nic się nie stanie. - spojrzał na mnie poważnie. Zaśmiałam się głośno. - Bez podtekstów, Gail. - wyszedł z auta. Zrobiłam to samo.
- A kto powiedział, że zrozumiałam to z podtekstem. - trzasłam drzwiami, a chłopak zamknął auto. Poszłam w jego stronę.
- Jakbym Cię nie znał. - spojrzał na mnie z uniesioną brwią. Poklepałam go po ramieniu. Poszliśmy do środka. Przy wejściu stał starzec z kartą menu.
- Clinton. - z poważnym tonem poinformował przyjaciel.
- Zapraszam za mną. - szedł na sam koniec sali. Wskazał nam stolik dla czterech osób przy wielkim oknie. Usiadłam naprzeciwko chłopaka przy samym widoku na ogród z piękną fontaną przy której dookoła wyłożona była cziemnoszara kostka. W tle były drzewa. Na jednym z nich wisiała huśtawka.
- Wiedziałeś, że tu przyjdziesz. - patrzyłam na widok.
- PrzyjdzieMY - czułam jego wzrok na sobie. Trochę mnie to krępowało dlatego spojrzałam na mojego dzisiejszego towarzysza.
- Wiem, że nie jestem jakąś super modelką, ale bez przesady. Na jednym krześle się spokojnie zmieszczę. - spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami. Zaśmiał się trochę za głośno jak na miejsce w którym się znajdujemy. Patrzyłam na jego rozbawioną, czerwoną twarz. Rzadko udaje mi się go rozśmieszyć do takiego stanu. Jemu za to przeciwnie. Trudno żebym się przy nim nie śmiała.
- Udało Ci się. - odpowiedział, gdy już się trochę uspokoił. Odpowiedziałam uśmiechem triumfalnie. - Wreszcie Ci się udało, Jervis. - poklepał mnie po dłoni śmiejąc się ze mnie.
- Nie musiałeś tego dopowiadać. - oburzyłam się jak 5-latka.
- Oh, przestań. Dokładnie wiesz jak jest. - nadal się ze mnie śmiał.
- Skończ. - wzięłam menu i jeździałam wzrokiem po cenach. - Tutaj herbata kosztuje 4 funty. - wytrzeszczyłam oczy do granic możliwości.
- Spokojnie. Ja płacę. - wziął do ręki drugie menu. Po niecałej minucie doszedł do nas młody kelner.
- Co podać. - stał z notesem i długopisem gotowy do odebrania zamówienie.
- Herbatę. - powiedziałam lekko zażenowana, że tylko na to mnie tutaj stać.
- Tylko? - zapisywał i wystawił ucho czekając na odpowiedź.
- Tak. - próbowałam się ukryć za kartą.
- Nie. Proszę to skreślić. 2 razy łososia z frytkami i 2 razy sok pomarańczowy.
- W takim razie zamiast jednego łososia z frytkami i soku poproszę sałatkę oraz wodę. - Clonton spojrzał na mnie zdezorientowany, ale nic nie powiedział.
- Dobrze. Dziękuję za zamówienie. - odpowiedział i odszedł.
- Nie stać mnie na łososia, a co dopiero na frytki i jebany sok pomarańczowy. - cicho krzyczałam na Clintona.
- Mówiłem, że ja stawia... płacę? Tak, więc zero dyskusji. - patrzył na mnie jak na dziecko. - Najesz się tą sałatką?
- Tak. - siedzieliśmy dalej w ciszy. Po 5 minutach dostaliśmy zamówienie. Nawet dobrze nie zaczęłam sałatki, a Colan już kończył swój posiłek dojadając frytki. Upił sok i spojrzał w stronę wyjścia, a następnie spojrzał na mnie.
- Co? Ubrudziłam się czy co? - wzięłam serwetkę i zaczęłam przecierać usta. Zaśmiał się na moje zdezorientowanie.
- Nie, ale zapomniałem Ci o czymś powiedzieć... - przerwała mu para ludzi w podobnym wieku. Wstał ze swojego miejsca. Siedziałam i patrzyłam na nich zdezorientowana z widelcem przy mojej buzi. - No właśnie. To jest Niall Horan, a to Ramona Wichael. - pokolei wskazywał głową na osoby. - Mieli dołączyć do nas wcześniej. - udał zdenerwowanego. Odłożyłam widelec i wstałam witając się z nimi uściskiem dłoni.
- Eh, daj spokój. Winowajczyni. - farbowany blondyn kiwnął głową w stronę swojej towarzyszki. Wydawał mi się znajomy. Zajęłam swoje miejsce tak jak to zrobił przed chwilą Colan.
- Ja nie stoję pół godziny przed lustrem, by te włoski ułożyć. - przejechała lekko dłonią po jego włosach nie naruszając ich tym samym potwierdzając swoją wypowiedź. Zajęła miejsce obok mnie, a chłopak ostatnie wolne obok Clintona.
- Jesteś irytująca. - skrzywił się... Niall.
- Odpieprz się. - rozejrzałam się czy ktoś zwraca na to uwagę. Na szczęście nikt.
- Zaczeliście jeść bez nas. - oburzył się.
- Stary. - postukał po zegarku na swoim nadgarstku Clinton. - Głodny byłem. - poklepał się po brzuchu. Nie wiedziałam, że mój przyjaciel ma znajomych poza... mną. Nie wiem czemu tak myślałam trochę to egoistyczne, ale nigdy go nie widziałam z kimś innym niż kucharzami, z którymi chodził po pracy do baru, a tym bardziej nie wspominał mi o kimś takim jak Niall czy Ramona. Za mało wiem o moim przyjacielu, o wiele za mało. Posmutniałam na swoje myśli, co zauważył Colan. Para była zajęta rozmową pomiędzy sobą i składaniem zamówienia.
- Coś nie tak? - nachylił się i szeptał - Miałem Ci wcześniej powiedzieć, ale wyleciło mi to zupełnie z głowy. Pewnie przez głód. - uśmiechnął się pocieszająco.
- Nie. Wszystko w porządku. - upewniłam go - Tylko nie wspominałeś nigdy o... - kiwnęłam niezauważalnie w stronę pary.
- Dlatego, że rzadko się widujemy. Mają swoją paczkę. - złapał mnie za dłoń i uśmiechnął się szczerze.
- Czy wy jesteście... razem? - mówiła delikatnie jakby stąpała po kruchym lodzie. Czułam wzrok Nialla na sobie. Krępowało mnie to i wkurwiało. Spojrzałam na niego z zamiarem, że się skrępuje i odpuści. Patrzył się na mnie jak na obrazek. Nie odpuścił, za to ja tak. Nie widziałam celu wpatrywania się w niego.
- Nie, tylko przyjaciele. - pogłaskał mnie po dłoni ostatni raz i puścił.
- Mhm. - nie uwierzyła.
- Później jedziemy do Gordon's Wine Bar. - zmienił temat przyjaciel. - Przyjechaliście czy...
- Przyszliśmy - przerwała mu Ramona.
- Jesteście bardzo podobne. - wyskoczył Niall mrużąc na nas obie oczy, a więc o to mu chodziło.
- Mamy wspólne cechy, ale bez przesady. Rodziną napewno nie jesteśmy. - śmiała się, gdy nagle spoważniała przypominając sobie coś. Spojrzała na mnie uważnie. - Jesteś adoptowana? - zaskoczyła mnie pytaniem. Uniosłam brwi. - Przepraszam, że tak prosto z mostu. - skrępowała się. Wzięła głęboki oddech. - Ale ja jestem z rodziny adopcyjnej i niecałe 2 lata temu poznałam mojego rodzonego brata, który także jest w rodzinie adopcyjnej. Jest rok starszy ode mnie. Ma 22 lata. - zaskoczyła mnie swoimi zwierzeniami. Spojrzałam z zdezorientowaniem na chłopaków. Chyba byli dobrze zapoznani z tą sytuacją, ponieważ wyraźnie posmutnieli. - Matka oddała nas, bo "była za młoda". - powiedziała poirytowana zachowaniem swojej rodzicielki. - Przez nagłe i nieoczekiwane spotkanie brata teraz co spotkaną osobę z podobnymi cechami wyglądu myślę, że to moje rodzeństwo. Bo kto wie ile ta suka dzieci mogła narobić i oddać?!
- Spokojnie moja matka jest zbyt pojebana by myśleć rozsądnie. - przewróciłam oczami. Blondyn strzelił mi nie odgadnione spojrzenie. Odpowiedziałam z zdezorientowaniem. Udał, że nic się nie stało i spojrzał na Ramonę. O co mu chodzi?!
- Co masz na myśli? - dociekała dziewczyna.
- Rozsądnym myśleniem jest oddanie dziecka do adopcji, a nie zostawianie go na pastwe losu. - wypaliłam. Wszyscy rzucili mi dziwne spojrzenie. - Przepraszam. - spuściłam wzrok na swoje palce, którymi się bawiłam.
- Nic nie szkodzi. - próbowała pocieszyć. Uratował mnie kelner podający steki , a nam kolejny sok i wodę.
- Nie zamawiłam... - zaczęłam
- Ja zamawiałem. - przerwał mi Colan. Odpowiedziałam uśmiechem.
- Skąd jesteś Gail? - rzuciła nagle rzując steka Ramona. Z ciekawością spojrzeli na mnie chłopcy. Clintonowi nigdy nie mówiłam, a blondyn nie wiem co miał do tego. Książkę pisał?!
- Ze Szkocji. - rzuciłam. Dziewczyna zaśmiała się. - O co chodzi? - zapytałam zdezorientowana.
- Na szkotkę na pewno nie wyglądasz. Tak szczerze, skąd pochodzisz? - uśmiechnęła się zachęcająco.
- Z Texasu.
- Na amerykanke też mi nie wyglądasz. Przepraszam, ale od zawsze interesują mnie korzenia ludzi. - robiła śmieszne miny przerzuwając steka i w tym samym czasie mnie suchając.
- Moja matka ma korzenie włoskie. Jeśli Ci o to chodzi. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- A ojciec? - dociekała w pozytywnym znaczeniu.
- Nie znam. Matka specjalnie o nim jakoś nie wspominała tylko tyle, że na rolę ojca się nie pisał i zwiał. - wzruszyłam ramionami niewzruszona na wspomnienie o braku ojca.
- Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. - poklepałam ją po ramieniu.
- Myślałem, że masz ojca. - tym razem wtrącił się Colan. Irytuje już mnie ten wywiad. Przewróciłam oczami, a Horan znowu rzucił ten sam wzrok.
- Ojczyma, miałam. - nastała cisza
- Dobra zbieramy się. - rzucił Niall na co wszyscy bez wahania wstali ze swoich miejsc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz