poniedziałek, 14 września 2015

ROZDZIAŁ 1

Teraz

- Słucham. Co państwo chcą zamówić ? - UGH. Byli młodsi ode mnie o co najmniej rok, a ja do nich na pan/pani. Niestety "kultura tego wymaga"... cudowny szefunio. Jednak jadaczką nie mogę za bardzo kłapać, ponieważ pracę ledwo udało mi się zdobyć, a jakoś ze znalezieniem jakiejkolwiek innej nie szło mi najlepiej. Ważne że w ogóle coś mam. Restauracja na obrzeżach Londynu w godzinach przystępnych dla mnie była całkiem do zniesienia.
- Poproszę 2 cole i dwa razy cheeseburger. - wyrwał mnie z rozmyśleń o innej pracy jeden z nastolatów z głupkowatym uśmiechem.
- Dziękuję - rzuciłam szybki, najszczerszy uśmiech i udałam się za ladę. - Dwa cheeseburgery, jeden zestaw dnia i nugetsy z ketchupem. - krzyczłam jak głupia przez okienko do moich współpracowników z pracy. Gdy dali znak, że zrozumieli. Zajęłam się nalewaniem napojów.
- Gail, co robisz po pracy ? - wzdrygłam się przez nagły krzyk Colana, który był na drugim końcu baru. Poczułam na sobie kilka spojrzeń, co powiem nie bardzo było komfortowe jak dla mnie. Colan jest dla mnie jak brat. Możemy o wszystkim pogadać bez zbędnych niekomfortowych sytuacji.
- Przyjeżdża po mnie Harry. - puściłam mu szybkie spojrzenie po czym wróciłam do swoich czynności.
- Ah, daj spokój. Idę dzisiaj ze znajomymi do klubu. - podszedł do mnie bliżej by nie zwracać uwagi klientów. Oh, fajnie że dopiero teraz...
- Proszę Cię jakbyś Harolda nie znał. - zaśmiałam się sama do siebie.
- Nadal nie rozumiem Twojego myślenia. - oparł się łokciami o blat i spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem.
- To znaczy? - zmrużyłam oczy
- Znacie się miesiąc. Jesteście wspólokatorami i jesteście parą. Jak dla mnie to za szybko. Zwłasza z takim typem faceta jak Harry. - nie do końca zrozumiałam ostatniego zdania od przyjaciela. Za bardzo interesuje się życiem innych co mnie irytuje.
- Kontynuuj
- Co?
- Z takim typem... Czyli? - odstawiłam ostatnią cole na tacke.
- Kontrolujący, agresywny, wkurwiający się o byle co. To naprawdę nie zdrowe.. - przerwał - zwłaszcza dla Ciebie i dobrze wiesz o co mi chodzi. Nie udawaj głupiej, bo faktycznie Ciebie za nią wezmę. - słychać było w jego głosie coś jakby złamanie i gniew?! Co do jego emocji to trudno było go rozgryźć. Nie odpowiedziałam mu. Postanowiłam to przemilczeć. - milczenie nic ci nie da. Nie uciekniesz od tego wszystkiego jebanym milczeniem. - tym razem poczerwieniał ze złości.
- A co mam płakać?! - uniosłam się bardziej niż zamierzałam - Colan, nie mam 5 lat by "biegać do mamy" o jakieś gówna.
- Jakieś gówna nazywasz poobijane żebra ?! - wtórował mi tonem
- A daj spokój. - uspokoiłam się. Zlekceważyłam sposób w jaki się do mnuie odezwał.
- Martwię się o Ciebie, czy to źle Gail? - unosił się coraz bardziej. Dobrze, że lokal jest duży, a ludzie są od nas daleko.
- Nie to nie jest złe. Złe jest to że wpieprzasz mi się w życie. - rzuciłam ścierką o blat - zamówienia dokończ sam.
Nie czekałam nawet na jebaną odpowiedź z jego strony. Wyszłam na zaplecze, aby uspokić się przy fajce. Usiadłam na schodku i z fartucha wyjęłam paczke mentholi z zapalniczką. Sam dźwięk zapalniczki już koił moje nerwy. Zaciągałam się tym ostrym dymem i usunęłam z głowy wszystkie możliwe myśli. Pusto wpatrywałam się w skrzynie przede mną i rysowałam kciukiem wzory po wierzchu zapalniczki, którą miałam w dłoni. Nawet nie zorientowałam się ile tak już siedze, gdy usłyszałam charakterystyczny skrzepot starych drzwi zaplecza odwróciłam się energicznie i zobaczyłam wysokiego chłopaka z długimi, krętymi włosami.
- Harry! - wyrzuciłam fajke  gdzieś w dal i rzuciłam mu się na szyje. Jękną przez mój ciężar. Co oznaczało, że trzeba wziąć się znów za siebie.
- Zabieram Cię wcześniej z pracy - powiedział oschłym głosem.
- Myślałam że masz dzisiaj ważną sesje...
- Już skończyłem. - urwał mi
- Okej. Tylko powiem szef...
- Wie. Ubieraj się i chodź. - zleciał po mnie wzrokiem od góry do dołu z zdegustowaną miną. Ała. Wiem że fartuchy firmowe nie były najpiękniejsze i najseksowniejsze, ale trochę... milej?! Wróciłam z zaplecza ściągając z siebie fartuch i odwieszając go na zapleczu, na wieszak i łapiąc w rękę czarną ramoneskę. Harry nawet nie fatygował się by zaczekać, ale taki już jest. Uparty i niecierpliwy. Wybiegłam z lokalu przeszukując wzrokiem po parkingu za czarnym rang roverem. Za długo mi to nie zajęło, ponieważ był kilkanaście stóp ode mnie. Gdy wsiadłam do auta nawet nie obdarzył mnie wzrokiem. Okej... Jechaliśmy niespełna 15 minut do naszego domku. Jest on ciasny, postawiony z ciemnoczerwonej cegły ustawiony pośród innych takich samych, niczym wagony metra. Dla nas dwojga w miarę dawaliśmy radę. Zaparkował na naszym podjeżdzie, na którym ledwo się mieścił. Śmieszne. Mieszkamy w klitce, a ma nietanie auto.
- Co dzisiaj będziemy robić? - spytałam, a jedyne w odpowiedzi dostałam mocne trzaśnięcie drzwiami. Zsunęłam się z wysokiego fotela i udałam się wolnym krokiem za chłopakiem do drzwi. Zamknęłam za sobą drzwi frontowe i nim zdążyłam zrobić jakikolwiek krok zostałam złapana ogromną dłonią za szyję i przyparta do ściany. Obserwowałam go uważnie. Zmrużył oczy uchylając się w stronę okna tuż przy nas. Obserwował coś przez chwilę po czym zasunął żaluzje. Jedyne źródło światła dziennego w salonie. Spojrzał na mnie i od razu wiedziałam co się kroi.
- Jesteś dziwką. - wrzasnął na co się skuliłam. Jego ciepły oddech obił mi się o twarz. Był pijany. - Kurwisz się na lewo i prawo z byle kim i byle gdzie. - syczał przez zęby. Wlepiłam w niego pusty wzrok. Przyzwyczaiłam się. - Nie nadajesz się nawet do pchania jebanej karuzeli. - rzucił mną o ziemię nadal trzymając. Uwielbiał chyba moją chudą szyje. Tym razem siedział na mnie okrakiem. Emocje w tym czasie mnie opuściły. Jednak poczułam zimne łzy na moich policzkach. Czy to normalne że przyzwyczaiłam się do poniżania i jedynie co ze mnie w tym czasie "wychodziło" to mimowolne łzy nad którymi nigdy nie umiałam zapanować?
- Harry - powiedziałam próbując złapać oddech. Jednak to było ostatnie co pamiętam.

...

Przebudziłam się naga w naszym łóżku, w sypialni. Leżałam na nim w poprzek. Spojrzałam w prawą stronę na okno nad naszym łóżkiem i zobaczyłam, że jest już wieczór. Zsunęłam się z łóżka i ubrałam pierwsze co wpadło mi w ręce, biały t-shirt Harolda. Na boso podeszłam do drzwi i lekko uchyliłam drzwi jakbym bawiła się w chowanego. Idiotyczne to co wyprawiam we własnym domku. Gdy zobaczyłam światło z dołu i usłyszałam głosy jakiegoś teleturnieju już pewniej ruszyłam na dół. Na kanapie, w salonie, zastałam Harrego w samych jasnoszarych dresach przeurzucającego z kanału na kanał i przeklinającego pod nosem. Rzuciłam się tyłem na kanapę gdzie od razu wpadłam w jego ramię. Pocałował mnie w czubek głowy.
- Pięknie wyglądasz. Jak się czujesz kochanie? - pokazał szereg białych zębów. Pokazał się mój dobry Styles, którego miałam niestety bardzo rzadko.
- Dobrze. - wtuliłam się bardziej w tors bruneta.
- Nieprzytomna jesteś dużo łatwiejsza - stwierdził poruszając znacząco brwiami z zalotnym uśmiechem. Odwzajemniłam to słabym półuśmiechem. Niechciałam o tym gadać. Tym bardziej, że byłam wtedy nieprzytomna i zupełnie nic niepamiętam. Nie wiem co ze mną robił. Wziął mnie za biodra i posadził na swoim kroczu przodem do siebie. - Co to za humorek? - powiedział.. zmartwiony?!?!?!?!
- Nic nie pamiętam.
- Oh. Uwierz mi na słowo. Byłaś niesamowita. Możemy to powtórzyć jak chcesz. - zaczął wsysać mi się w szyje gdzie poczułam pieczenie. Automatycznie odsunęłam się od niego.
- Pójdę wziąć prysznic. Zmęczona jestem.
- Ehh, dobiero wstałaś - skrzywił się. Zeszłam z niego i bez słowa poczłapałam do łazienki. Przekręciłam klucz. Zrzuciłam bluzkę i odwróciłam się, aby stanąć naprzeciwko lustra nad umywalką. Łzy popłynęły mimowolnie. Na szczęście jutro niedziela i nigdzie nie muszę wychodzić i pokazywać się nikomu, prócz mojemu Williamowi Turnerowi*. Nie dziwię się jemu, że wyglądam dla niego pięknie skoro "jego dzieło" było naprawdę dzisiaj wyjątkowe. Fioletowe sińce na całej szyji, podbite oko, rozcięta warga i zadrapania na całym brzuchu oraz na wnętrzu moich ud. Trudno było odróżnić zdrową, gładką skórę od świeżych ran lub tych co powstały w poprzednich "sesjach". Przejechałam opuszkami palców po draśnięciach lekko się przy tym krzywiąc. Dziwne. Z czasem przyzwyczajamy się do ludzi, przedmiotów, do rzeczy, które stają się naszą codziennością, a ja za żadne skarby nie mogłam się przyzwyczaić do ran na moim ciele. Jednak nieraz za nie dziękowałam Bogu, ponieważ one były lepsze od bólu psychicznego. Pomimo, że widziałam siebie w lustrze prawie codziennie, od 5 lat nie spojrzałam sobie prosto w oczy. Wiem tyle, że są brązowe i duże. Odkręciłam kurek z zimną wodą i weszłam pod lodowatą wodę kojąc się w bólu fizycznym tym samym zapominając o strasznej stronie Harrego i innych jakichkolwiek myślach. Stałam tam z około 20 minut wpatrującą się w jeden punkt zerując swoje myśli. Wybudził mnie z tego "snu" Styles drący się rozpaczliwie czy żyje. Co sobotę i niedziele wypomina mi, że lepiej jakbym zdechła to czemu tak bardzo martwi się o to, że mogę umrzeć? Chory rozum. No, ale cóż kocham go. Tego dobrego Harrego. 5 dni w tygodniu. Od poniedziałku do piątku.

Następny dzień.

Ze snu wybudził mnie głośny łomot. Nie byłam w stanie ponownie zasnąć, więc zeszłam z łóżka podchodząc do szafy i wybierając coś odpowiedniego dla Harrego na jego niedzielne spotkania z koleżkami. Gdzie uwielbiał pokazywać jak urządził mnie wczorajszego dnia. Wybrałam sportowy, granatowy, top i szorty w tym samym kolorze. Wyczesałam włosy i ułożyłam w wysokiego kucyka. Gdy byłam gotowa powoli ruszyłam na dół. W salonie już wszyscy siedzieli. Usiadłam na oparciu fotela, na którym siedział mój chłopak. Obiął mnie wokół talii i lekko przysunął w swoją stronę śmiejąc się z żartu, który któryś z jego znajomych rzucił. Nigdy Harry nie przedstawiał mi swoich kolegów, ani również ja do tego się nie kwapiłam. Przyglądać im się też się nie przyglądałam, ponieważ Harry się robił zazdrosny, a co za tym idzie... agresywny. Nigdy nie miałam także pamięci wzrokowej co wydawali mi się za każdym razem inni, obcy ludzie, ale podobnież to co tydzień ci sami. Jednak jednego znam długo, Alexa, ponieważ odwiedza Harrego nawet poza niedzielnymi schadzkami. Nieprzyjemny, obleśny. Tylko tak mogłam go określić. Non stop wychwalał się o nocach z co rusz inną laską, a ja nie wiem co te laski w nim takiego szczególnego widziały by wskakiwać mu "do łóżka".
- Niezła robota, Styles. - jakiś czarnowłosy chłopak z ciemną karnacją rzucił się w naszą stronę i zbił z Harrym "piątkę".
- Dzięki. - odpowiedział z wyrażnym zadowoleniem na jago twarzy.
- Moja nie wychodzi z domu, ponieważ tak ją "dotknąłem" w oko, że nawet te kobiece świństwa tego nie zakryły. - zachichotał ten sam szatyn. Harold pogratulował, po czym zrobili ten sam gest. To są jakieś zawody?! Kto bardziej obije swoją dziewczynę ten jest... No właśnie, kim? Nie rozumiem i raczej nie chcę tego rozumieć.
- Muszę was odwiedzić. - rzuciłam mu szybkie spojrzenie czego nie zdołał zobaczyć. Oczywiście wybierze się do nich bezemnie. Jak zwykle. Harry nigdy nie zabrał mnie w odwiedziny do swoich kumpli. Co było jego częstym zajęciem po pracy. Gdy opowiadał mi co u nich udawałam, że słucham czasem rzucając jakieś krótkie pytania dla utrzymania "rozmowy" i spokoju. Nigdy nie wiedzisłam o kim mówi. Błądziłam myślami. Nawt nie zorientowałam się kiedy Styles zaczął pokazywać rany i z zaangażowaniem opowiadać ich "historię".
- O, a ten! - wskazał na tył mojego ramienia. Dotknął palcem na co zasyczałam. Nie oglądałam w lustrze moich pleców. Chyba dobrze. - Bejsbolem tym, o tam. - wskazał na kija opartego w rogu pokoju obok regału z książkami - Z zamachem niczym Babe Ruth**. - podkulił nogi do klatki piersiowej i rechotał się jak 6-latek.


* Słynny angielski malarz
** Amerykański zawodowy baseballista

____________________________________

Na moim Wattpad są o jeden rodział szybciej.
Zapraszam na moje konto @Pola_Greg gdzie znajdziecie opowiadanie ! :)

ORAZ

W zakładce GALERIA znajdziecie zdjęcia do rozdziałów. Akutalizacja co dodany rozdział!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz