sobota, 3 października 2015

ROZDZIAŁ 2

Kolejny dzień, kolejna męczarnia. Siniaki z weekendu znikły lub zatuszowałam toną make-up'u. Odkąd przyszłam do pracy czas tak wolno leci, że z nudów zaczęłam liczyć kafelki na ścianach. Wzrokiem wodziłam z żółtej na czerwoną płytkę. "I tak w koło Macieja". Dwóch starców jak co poniedziałek popijało kawę rozpuszczalną. Wciąż ci sami. Wciąż ci nudni. Colan od ostatniej sprzeczki nie odezwał się do mnie ani słowem. Nie rozumiem go, bo w sumie to ja powinam być obrażona przez to, że włazi buciorami w moje życie, ale już mniejsza z tym. Przejdzie mu. Chyba. Reszta dnia jak zwykle nudna. Gdy skończyłam pracę o 15 czekałam w deszczu pod restauracją jak idiotka, ponieważ Harry, albo chciał poigrać ze mną troszkę, albo coś mu wypadło. Do środka nie chciałam wracać wręcz chciałam stamtąd jak najszybciej uciec. Mokłam, ponieważ żadnego daszka w pobliżu nie było, a Harry w każdej chwili mógł podjechać. Dzwoniłam chyba już z 8 razy do niego, ale to na marne. Postanowiłam pójść na pieszo. Nie marzyło mi się to jakoś, ale do jebanej śmierci nie będę tu stała. Droga zajęła mi ponad pół godziny. Gdy weszłam do domku słyszałam szelest pustych puszek i obijające się szklane butelki. W salonie zastałam naćpanego i pijanego Harrego z jego koleżką Alexem, który nawiasem mówiąc równie dobrze jak i Styles był wstawiony.
- O moja prywatna dziwka wróciła. - wybełkotał do Alexa wskazując w moją stronę palec. Stałam tam i patrzyłam się na nich jak idiotka - Za 2 kilogramy koki oddam ci ją dzisiaj w całości. - osłupiałam na te słowa, bo dobrze wiedziałam, że po pijaku Harold słowa na wiatr raczej nie rzucał. Ojjj nie. Nie raz się już o tym przekonałam.
- Zgadzam się, ale... - patrzył na mnie uważnie - pod warunkiem, że oboje ją będziemy mieli.
- Sprecyzuj się. - zmarszczył brwi. Alex nachylił się do niego i wyszeptał mu coś na ucho z czego Styles był ewidentnie zadowolony i się zgodził. Łzy już mi spływały po policzkach. Na jakiekolwiek przeciwstawienie się słowne ze swojej strony nie liczyłam, ponieważ wiem, że według pijanego Harolda ja "nic tu do gadania nie mam".
- Więc zaczynamy. - Campbell potrał charakterystycznie dłońmi o siebie. Po czym ruszył na mnie. Przycisnął mnie do ściany swoim ciężarem. Jego sprzęt napierał na mój brzuch. Spojrzałam na Harrego. Miałam nadzieje, że ten mój Harry jest gdzieś tam teraz w środku. Wpatrywałam mu się głęboko w gałki, wręcz przewiercałam go nawylot. Patrzył na mnie obojętnie. Nadzieja pomocy z jego strony znikła kiedy wyciągnął komórkę i zaczął nas kręcić. Nieźle. Kolejna niezapomniana noc w moim zasranym życiu. Łzy z większą siłą spływały w dół. Zaczęłam płakać, wręcz wyć. Od dawna tego nie robiłam. Od dawna nie miałam takiej potrzeby by z własnej woli płakać. Oczy mnie piekły. Przez słoną ciecz w moich ślipiach widziałam ich jak przez mgłe. Może to i dobrze, że chociaż w takich momentach nie będę widzieć ich paskudnych mord. Było ich dwóch, ja byłam jedna. Życie jest niesprawiedliwe. Zaczął mnie rozbierać, siłą. Zaczął od mokrego t-shirtu. Próbowałam walczyć, z marnym skutkiem. Coś we mnie pękło co zbierało się od kilku lat. Zaczęłam okładać go pięściami z niewyobrażalną siłą. Zachowywałam się jak furiatka. Chłopak zaczął pojękiwać. Jednak dla niego to było tylko jak ukąszenie osy. Niestety. Był w połowie odpinania moich dżinsów, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Harold zajmi się tym. Ja dokończę. - spojrzał się na mnie znacząco. Frajer.  - Harold. - wrzasnął, gdy nie otrzymał odpowiedzi. Puścił mnie by spojrzeć za siebie. Styles spał. Wykorzystałam sytuacje i zebrałam w szybkim czasie swoje rzeczy i wybiegłam z domu w staniku zakrywając się resztą moich ubrań. We framudze drzwi minęłam jakiegoś chłopaka. Wybiegłam na ulicę i biegłam wzdłuż niej przed siebie. Po niecałych 2 minutach piekły mnie nieziemsko łydki. Zatrzymałam się za pierwszym lepszym drzewem przy jezdni. Oparłam się o niego tyłkiem, a dłonie położyłam na kolanach z głową w dole. Próbowałam zrównać oddech. Wyraźnie czułam narastającą adrenalinę w moim ciele i pulsującą głowę. Ubrałam swój t-shirt i ramoneskę. Uchyliłam głowę zza drzewa by zbadać sytuację. Ulica pusta. Jedynie jakiś bezpański czarny kot wędrował z jednej strony na drugą. Teraz, z wielkiej burzy, która była ponad pół godziny temu zostały ogromne, ciemne kałuże i smutny szary widok zwykłych, klasycznych, brytyjskich domków. Wróciłam na poprzednią pozycję. Patrzyłam na moje oficerki i próbowałam zrozumieć postępowanie Harrego. Nigdy go niezdradziłam. "Oddałam" mu swoje życie, bo kto normalny tylko pracuje i siedzi w domu. Ewentualnie wychodzi na jakieś święta do restauracji. Kto normalny ufa bezgranicznie osobie, którą zna ponad miesiąc. Ja, a normalna napewno nie jestem. Nigdy za taką się nie uważałam i ludzie z mojego otoczenia również. Poświęcam się dla niego, a w zamian co dostaje?! Poniżenie, siniaki?! Zaśmiałam się ironicznie sama do siebie i ruszyłam przed siebie. Kilkanaście metrów dalej skręciłam w lewo, prosto do parku. Usiadłam na najdalszej, pomiędzy karzakami, ławce, bym mogła widzieć czy idą po mnie. Widok błota na ścieszce imponował mi. Mimo, że był taki prosty, zwyczajny to jednak coś wyjątkowego w nim było. Szlaczki zrobione przez opony rowera, niewyraźne odciski butów i łapy psa. Śledziłam wzrokiem ślady dopóki się nie urwały. Dopisywałam do nich historię. Wyobrażałam sobie "sprawcę" śladów. Siedziałam i wpatrywałam się w "mozaikę błotną". Chciałam uciec od myśli co wydarzyło się chwilę temu. Jednak z marnym skutkiem. Analizowałam co źle zrobiłam w swoim życiu, że spotkał mnie taki, a nie inny los. Co źle zrobiłam, że ten świat tak mnie nienawidzi. Czy komukolwiek zrobiłam krzywdę, że zaczęła mnie prześladować klątwa. Chciałam, aby był następny dzień. Nowa karta. Czysta. Położyłam się na ławce i skuliłam w kłębek. Zasnęłam.

...

Obudziła mnie czyjaś dłoń. To nie był napewno nowy dzień. To była dalej ta przeklęta noc. Zmrużyłam oczy. Przyszli po mnie. Wyprostowałam się i zaczęłam rozpaczliwie drzeć się "POMOCY". Uniósł ręce w obronnym geście.
- Ej, ej. Uspokój się. - to nie był Alex, ani Harold. Zamilkłam. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek. Co on chce?
- Nie mam kasy, nie mam nic.
- Nie chcę żadnej kasy - zmarszczył brwi.
- To co chcesz?! Gwałciciel nie budziłby swojej ofiary.. - zakpiłam. O proszę, teraz zebrało mi się na żarty po tym wszystkim.
- Szedłem sobie i zobaczyłem Ciebie. Podszedłem, aby Cię obudzić, bo nie wyglądasz na menela by spać na ławce w parku. Ktoś mógłby Ci zrobić krzywdę. - usiadł obok mnie na ławce. Podkuliłam nogi, aby się trochę ogrzać.
- Oh, dzięki. Nie musiałeś. - przewróciłam oczami. Miałam chrypę i w dodatku gadałam przez nos. Super.
- Chcę Ci pomóc, a ty chamska dla mnie jesteś. - poskarżył się jak 6-latek mamie. - Chciałem dobrze. Cześć. - zaczął wstawać kiedy zatrzymałam go ręką.
- Nie idź. - głos mi się złamał czego nie planowałam. - Zostań. - spojrzałam na niego i wtedy dostrzegłam jego piękne oczy, które błyszczały się przez pobliską latarnie. Nie umiałam rozpoznać koloru przez słabe światło. Posłuchał.
Siedzieliśmy w ciszy.
- Dziwnie. - stwierdziłam.
- Taa.. - przeciągnął
- Która jest godzina?
- 2 nad ranem. - odpowiedział automatycznie.
- Zegarek w głowie?! - zachichotałam. Oj, ostatnie wydarzenia źle wpłynęły na moje emocje.
- Tak jakby - odpowiedział beznamiętnie
- Co o tej porze robisz tutaj ? - spytałam podtrzymując romowę. Potrzebowałam tego teraz.
- Równie dobrze mógłbym o to Ciebie zapytać. - odpowiedział kpiąco
- Zapomnij. - zapadła cisza - Słaby początek naszej znajomości. - wstałam ze swojego miejsca i stanęłam przed nim. Wyciągnęłam dłoń przed jego twarz. Teraz zebrało mi się na zawieranie znajomości.
- Gail jestem.
- Ta. Ja Eric. - zignorował mój gest. Nawet nie spojrzał na mnie tylko wzrokiem błądził gdzieś za mną.
- I kto tu jest chamski. - usiadłam spowrotem z grymasem. Zignorował mnie. - Skoro masz tak się zachowywać to ja podziękuję za twoje towarzystwo.
- Oh, dzięki. - wstał i odszedł w stronę ulicy z której tutaj wcześniej przyszłam. Okej.. Zatkało mnie. Skomplikowany człowiek. Położyłam się spowrotem. Niestety nie mogłam zasnąć. Zaczęłam liczyć drzewa. Znudziło mi się po siedmiu. Poszłam w przeciwną stronę niż nowo zapoznany chłopak. Przez błoto pod moimi butami wydawał się dziwny dźwięk jakby mlaskania. Pomimo, że nienawidzę, gdy ktoś w mojej obecności głośno przeżuwa swój posiłek to teraz ten dźwięk był dla mnie najpiękniejszym dźwiękiem w moim życiu. Może przez to, że to dźwięk natury?! Może przez to, że poczułam wolność?! Szłam tak wgapiając się w moje nogi dopóki nie dotarłam nad rzekę. Usiadłam na brzegu lekko mocząc czubki moich butów. Nieprzeszkadzała mi mokra trawa pod tyłkiem. Jest noc, kto mnie może zobaczyć? Niedaleko ode mnie jest mostek. Obserwowałam go i widok za nim. Po drugiej stronie rzeki była ścieżka, a tuż przy niej jezdnia z kilkoma starymi latarniami. Pomimo, że nie od dzisiaj tu mieszkam to nigdy tak naprawdę niezwiedziłam Londynu. Znam tylko drogę z domu do baru i do najbliższego spożywczaka. Harry zawsze, gdy mnie gdzieś zabierał wiózł nas tam swoim autem. Jednak nigdy nie przykuwałam większej uwagi do okolicy, więc nie wiem czy to co teraz widzę widziałam już kiedyś tylko z drugiej strony rzeki. Siedziałam tak i obserwowałam wszystko dookoła. Czułam się dziewicą w tym otoczeniu. Wszystko nowe, inne. Oglądałam niebo od czasu do czasu by widzieć jak się rozjaśnia i nastaje nowy dzień. O, kurwa. Jak ja pójdę do pracy skoro jestem przemoczona i brudna. W dodatku opuchnięta na całej twarzy. Przypomniałam sobie o telefonie w kieszeni mojej ramoneski. Sięgłam po niego. Gdy spojrzałam na ekran i przycisnęłam przycisk odblokowywania, ani drgnął. Cudownie. Przycisnęłam dłużej przycisk by go włączyć. Uff, działa. Gdy cały start minął ukazała się tapeta, gdzie byłam ja i Harry. Szczęśliwi, młodzi, bez problemów. Bynajmniej tak zdjęcie przedstawiało. Łzy napłynęły mi do oczu. Jednak nie pozwoliłam im swobodnie spłynąć jak to się działo ostatnio. Spojrzałam na zegarek. 5:34. I po co mi telefon skoro nie mam do kogo się odezwać by prosić o jakąkolwiek pomoc. Colan. Nie wiem czy mi pomoże. Pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. Bez domu, pieniędzy. Przyjaźnimy się, ale tylko w pracy, ponieważ Harry nie lubi, gdy się szlajam bez niego. A Clinton nieprzepada za towarzystem Harolda ani jego koleszkami. Bar był jedynym miejscem gdzie mogliśmy się zobaczyć. Weszłam w kontakty i zjechałam do kontaktu pod podpiskiem "tata". Styles sprawdzał regularnie mój telefon. Nie mogłam sobie pozwolić o kolejną scenę zazdrości z jego strony, więc najprostszym wyjściem było zapisanie go jako "tatę". Kliknęłam na zieloną słuchawkę i po pierwszym sygnale nie było już odwrotu.
- Halo, Gail. Coś się stało? - zapytał zaspany, ale również był przerażony.
- Nie, czemu miałoby by się c... w sumie to tak. - kolejny raz, gdy zbierało mi się na płacz - Bo tak jakby jestem teraz bezdomna.
- Gdzie jesteś. - wyraźnie się pobudził
- W parku niedaleko mojej ulicy gdzie mieszkam. Przy rzece.
- Już jadę. Nie ruszaj się stamtąd. - słychać było, że z czymś się siłuje. Założę się, że ze spodniami.
- Okej. - odpowiedziałam ocierając lewą ręką łzy, które zdążyły mi spłynąć w pobliżu ust. Rozłączyłam się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz