wtorek, 1 grudnia 2015

ROZDZIAŁ 3

Oślepiły mnie światła reflektorów samochodu, który zatrzymał się naprzeciwko mnie po drugiej stronie rzeki. Zakryłam oczy wierzchem mojej ręki pozbywając irytującego światła z mojej twarzy. Usłyszałam trzask drzwiami.
- Gail! - krzyknął dobrze mi znany głos.
- Colan! - automatycznie stanęłam na nogi, a na mojej twarzy wreszcie zagościł uśmiech. Mój wybawiciel.
- Chodź do auta! - krzyczeliśmy do siebie jak para idiotów. Gdybyśmy mówili do siebie normalnym tonem to i tak byśmy się zrozumieli. No ale cóż, to Colan. Nigdy nie umie się cicho zachować. Ruszyłam w stronę mostku. Gdy byłam już tylko kilkanaście metrów od szatyna zaczęłam biec i wpadłam wprost w jego ramiona. Ściskał mnie bardzo mocno, aż za mocno.
- Jesteś cała?! - nie puszczał.
- Tak, ale jeśli mnie nie puścisz to to się zmieni. - uśmiech nie schodził mi z twarzy.
- Oh, przepraszam. Wiesz jak się bałem tego w jakim stanie Cię zastanę?! - uwolnił mnie spod swoich ramion i spojrzał na mnie troskliwym wzrokiem. Odpowiedziałam uśmiechem.
- Jest okej. Jak widzisz.
- Nie powiedziałbym. Masz spuchniętą twarz. - pogłaskał mnie po poliku.
- Zimno mi. - zmieniłam temat. Wiem, że co do Harrego miał racje. To nie był facet dla mnie. Nie lubię przyznawać racji i gadać o swoich emocjach. Trochę mi wstyd przez to ile razy w ostatnim dniu płakałam.
- Chodź do środka. - otworzył mi drzwi od strony pasażera. Wsiadłam. Obserwowałam chłopaka jak idzie na około na swoje miejsce.
- Chcesz porozmawiać? - spojrzał na mnie zapinając swoje pasy, gdy ja unikałam jego kontaktu wzrokowego.
- Nie. - powiedziałam stanowczo i trochę za ostro - Jedźmy już. Jestem zmęczona. - oparłam głowę o szybę obserwując rzekę przed nami.
- Okej. - posmutniał i przekręcił kluczyk w stacyjce. - Tylko zapnij pasy. - posłuchałam go. Gdy zaczął wycofywać włączyłam radio. Leciały w nim jakieś smęty co mnie zirytowało, bo po takich przeżyciach jak ostatni wieczór?! Wyłączyłam. Nie chciało mi się główkować jak zmienia się na następną stacje, a zapytać o to przyjaciela nie wchodziło w rachubę. Nawiązałaby się rozmowa, a teraz wolę w ciszy dotrzeć do ciepłego miejsca. Chcę się wyciszyć i iść jak najszybciej spać. Droga mijała nam trochę za długo, ponieważ jechaliśmy już 40 minut, a nie zapowiadało się na to byśmy dojeżdżali.
- Daleko jeszcze? - przełamałam się.
- Jeszcze 5 minut. - patrzył uważnie na jezdnię.
- Daleko mieszkasz. - swietrdziłam sama do siebie.
- Nic bliżej nie było. - odpowiedział po chwili czego od niego nieoczekiwałam. Podjechaliśmy pod ogromną kamienicę z ciemnoczerwonej cegły. Budowla wyglądała na starą konstrukcję. Nie była obskurna, wręcz przeciwnie. Wyglądała na ekskluzywną i drogą. Jestem ciekawa skąd tyle kasy ma, bo raczej z naszej pensji nie można sobie pozwolić na coś tak pięknego. Zaparkował tuż przy białych schodach, które prowadziły najprawdopodobniej do klatki schodowej.
- Pewnie majątek tu kosztuje sam wynajem. - stwierdziłam odpinając pas i wpatrując się w piękne zdobienia.
- Rodzice mi kupili mieszkanie bym nie mieszkał nadal z nimi. - wyszedł i zatrzasnął drzwi. Zrobiłam to samo.
- Nie chcą z tobą mieszkać? - spytałam z ciekawości mrużąc oczy. Czekałam na niego, aż obejdzie samochód i dołączy do mnie.
- Nie. To raczej ja z nimi nie chcę. Facet, który ma 21 lat nadal mieszka z rodzicami?! Trochę śmiesznie to brzmi. Nie sądzisz Gail? - uniósł jedną brew. Zaczął prowadzić do najbliższej klatki. Szłam krok za nim.
- Trochę. Mieszkają oni, twoi rodzice, w Londynie? - mówiłam do jego pleców. Przystaneliśmy przy drzwiach by mógł je otworzyć kluczem. Przepuścił mnie jako pierwszą i nakierował na pierwsze piętro i pierwsze drzwi na lewo.
- Nie. Mieszkają w Plymouth. Stamtąd pochodzę. - wpatrywałam się w stopnie pod moimi nogami i wsłuchiwałam się w jego akcent.
- Mało o tobie wiem. - zrobiło mi się smutno, że nic prawie nie wiem o moim przyjacielu. Przystanęłam pod ciemnobrązowymi drzwiami.
- Dlatego to nadrobimy jak wypoczniesz. - wyjął pęk kluczy i szukał jakiegoś po czym zaczął otwierać jednym z nich drzwi. Przepuścił mnie pierwszą. Zdjęłam przy wejściu buty i czekałam za przyjacielem.
- Nie wypocznę. - jękłam. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie pytająco. - Praca?! - odpowiedziałam.
- Napiszesz do szefa, że źle się czujesz i weźmiesz wolne do końca tygodnia. Należy Ci się.
- Co ja będę robić do końca tygodnia jak nie mam się gdzie zatrzymać?! - zmarszczyłam brwi
- U mnie zostaniesz dopóki czegoś nie znajdziesz i nie unormujesz swoich spraw.
- Um, okej. Dzięki. - uśmiechnęłam się sama do siebie. Dobrze, że mam takiego kogoś jak Colan. - Sam dasz radę? - spytałam po chwili
- Tak. - uśmiechnął się i poklepał mnie po plecach. - Zresztą szef kogoś dodatkowo zatrudnił. Będzia ta osoba miała okazję się wykazać. - zaśmiał się. Poprowadził mnie do salonu po czym dał mi szklankę soku o którą go poprosiłam. - Pokój jest na samym końcu korytarza. Łazienkę masz na wprost, a kuchnia naprzeciwko Twojego pokoju. - kierował w powietrzu palcem - Czuj się jak u siebie. Ja już muszę lecieć. - poczym znikł za framugą i zatrzasnął drzwi wejściowe.
- Dzięki. - uśmiechłam się w podziękowaniu. Mieszkanie miał w stonowanych kolorach: biel, brąz i beż. Posiadał długi korytarz z którego przechodziło się oddzielnie do każdego innego pomieszczenia. Salon posiadał starozdobiony regał z masą książek, które ledwo się mieściły, plazmowy telewizor i zestaw wypoczynkowy z grubej skóry. Chodziłam po całym salonie palcami przeczesując napotkane rzeczy. Nagle usłyszałam przekręcanie zamka na co wzdrygłam. Pewnie zapomniał czegoś.
- Czego zapomniałeś. - krzyknęłam by dobrze mnie usłyszał i zaśmiałam się głośno. Udałam się w stronę korytarza. Gdy już miałam dobry widok na drzwi stanęłam w półkroku. Zobaczyłam szatynkę z przerażoną miną i brązową, papierową torbą z zakupami w lewej ręce.
- Kim do cholery jesteś?! - wydarła się na całą kamienicę łapiąc parasol, który wisiał na wieszaku obok niej. Parasolem chce się bronić?! Idiotka.
- Um.. jestem przyjaciółką Colana, a ty? - odpowiedziałam przez zęby.
- Oh, tak nazywa teraz swoje dziwki?! - zaśmiała mi się w twarz i odłożyła przedmiot na swoje miejsce. Czułam jak robię się purpurowa ze złości. - Jestem jego siostrą. - zrobiła się arogancka i z uniesioną głową wyminęła mnie, aby udać się do kuchni. Poszłam za nią, wręcz deptałam jej po piętach.
- Nie jestem jego dziwką. Tylko przyjaciółką. To po pierwsze, a po drugie to pomógł w trudnej dla mnie chwili. Dlatego tu jestem. - gdy byłyśmy już w kuchni odwróciła się do mnie. Wymachiwałam jej palcem przed twarzą. - Że ty masz braki w przyjaciołach za to, że jesteś taką szmatą to już nie mój biznes, ale nie dam sobą pomiatać, prostaczko.
Odłożyła na blat torbę.
- Naiwniaczka. Wczoraj rano od niego wychodziła taka jak ty. "Przyjaciółka" - zrobiła w powietrzu cudzysłów robiąc przy tym głupią minę.
- Pracuję z nim. - wysyczałam przez zęby. Nagle zmieniła swój wyraz twarzy na zdziwioną.
- B... - próbowała sobie przypomnieć.
- Gail. - złożyłam ręce przy piersiach.
- No tak, Gail. - zrobiło jej się głupio - Trochę głupi początek. Za bardzo wybuchłam. Przepraszam. - złagodniała i wyciągła w moją stronę dłoń unosząc przy tym jedną brew jak to w zwyczaju robi Colan. Teraz zauważyłam wiele wspólnych cech. Krzaczaste brwi, brązowe włosy, błękitne oczy i ta sama mimika twarzy. Damska wersja Colana.
- No to od początku. - wypuściłam z siebie ciężkie powietrze - Gail, przyjaciółka Colana.. z pracy. - potrząsłam lekko jej dłonią. Uśmiechnęłam się do niej łagodnie co odwzajemniła.
- Anna Tarner.
- Nie Clinton? - zapytałam z ciekawości.
- Nie. - zachichotała pokazując pierścionek na dłoni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz