wtorek, 1 grudnia 2015

ROZDZIAŁ 4

Wieczór

- Fajnie było poznać choć w bardzo nietypowy sposób. - zaśmiałam się przypominając sobie pierwszy minuty tego spotkania - Nawet pożyczyła mi pare ciuchów.
- Ma chopla na punkcie dziewczyn z którymi się spotykam. - zrobił zabawną minę wkładając kolejną łyżeczkę lodów. Siedzieliśmy już dobrą godzinę na kanapie przed telewizorem i zajadaliśmy się lodami, które kupił Colan, gdy wracał z pracy.
- Aż tyle ich masz? - moja ciekawość niezna granic. Sięgłam łyżeczką do pudełka po lody. Patrzyłam z ciekawością na przyjaciela.
- No... - zmieszał się - Nieraz zapraszam po imprezie dziewczyny na mały numerek.
- A taki niepozorny chłopak. - pokręciłam głową z rozbawieniem na twarzy. Nawet nie zauważyłam, a w telewizji zaczynał się mój ulubiony film z Zac'iem Efronem "Charlie st cloud".
- To tylko... - zaczął, ale mu przerwałam.
- Ciiii, mój ulubiony film. - przyłożyłam mu palec wskazujący do ust uciszając go tym. Wpatrywałam się uważnie w ekran. Odwróciłam się na chwile do Clintona i zobaczyłam jak mi się przypatruje - Nie musisz mi się tłumaczyć. To twoja sprawa. - poklepałam go po ramieniu, a później usadowiłam się wygodnie na miejscu.
Cały film nie zwracałam na nic uwagi, prócz filmu. Gdy zaczęły lecieć napisy rozejrzałam się dookoła, ale byłam sama.
- Colan?! - krzyczałam jak głupia. Może śpi, a ja się wydzieram?!
Poszłam do jego sypialni lekko zapukałam i uchyliłam drzwi, ale go tam nie zastałam. Zaczełam biegać po wszytskich pomieszczeniach, ale na nic. Byłam sama. Nawet mnie nie poinformował. Pobiegłam do "mojej" sypialni. Zaczęłam desperacko szukać komórki. Nie mogłam jej znaleźć.
- Uwielbiam moją sklerozę. - mruknęłam sarkastycznie pod nosem. Przeleciałam wzrokiem po meblech. - Jest! - krzykłam pomimo, że nie było nikogo w pobliżu. Przeszukałam kontakty i znalazłam "tatę". Wsuchiwałam się w sygnały. Odezwał się głos Colana "Zadzwoń później, a  jak nie no to zostaw wiadomość i tak nie wiem czy odsłucham, więc... rób co chcesz." Wzdrygłam się na pisk w słuchwace co oznaczało , że zaczęła się nagrywać wiadomość.
- Colan, gdzie do cholery jesteś? Martwię się. Mógłbyś odebrać? - przewróciłam oczami. Wcisnęłam czerwoną słuchawkę i rzuciłam telefon na łóżko. Podreptałam bosymi stopami po drwnianej powierzchni do salonu. Czekałam na niego 20 minut na kanapie co mi się znudziło i poszłam pod prysznic. Wykąpałam się w 5 minut. Założyłam na siebie biały t-shirt Colana, który sięgał mi do połowy ud i spokojnie wszystko mi zasłaniał. Będę musiała jakoś odzyskać swoje ubrania. Sprawidziłam czy drzwi są zamknięte. Poszłam do pokoju i usnęłam w świeżym wygodnym łóżku.


Zbudziła mnie czyjaś ręka.
- Idę do pracy. - Colan w pół wisiał nademną. Zmaróżyłam oczy . Nie przyzwyczaiłam się jeszcze do światła.
- Gdzie byłeś wczoraj wieczorem? - podniosłam się i przyciągłam ręce. Chłopak zdjął kolano z łóżka i stanął przedemną wyprostowany jak we wojsku. Światło już mi mniej przeszkadzało co spokojnie mogłam zobaczyć potężne ciało chłopaka.
- Musiałem pare rzeczy załawić.
- Nie mogłeś mnie o tym poinformować. Martwiłam się. - powiedziałam z grymasem na twarzy.
- Wiem, słyszałem. - zmrużyłam oczy - Odsłuchałem sekretarkę. - kontynuował.
- Aha, dzięki. - zrzuciłam z siebie kołdrę. Dziwne. Nie przykrywałam się.
- Ja Cię przykrykryłem. - czytał mi w myślach. Uśmiechłam się w podziekowaniu i przerzuciłam nogi na brzeg łóżka. Clinton zmieszał się i odwrócił się całym ciałem w stronę drzwi i ruszył w ich stronę. - To ja już pójdę. - spojrzałam się na siebie. Jednak koszulka dobrze wszystko zakrywała.
- To nie tak, że nie widziałeś już ciała kobiety. - zaśmiałam się głośno.
- Och, Jervis jaka ty zabawna. - krzyknął z przedpokoju. - PA!
- Narazie. - poczym usłyszałam trzask drzwiami i przekręcanie kluczy w zamku. Zeskoczyłam z łóżka zbyt energicznie jak na moje poranne wstawanie. Ruszyłam do łazienki by się załatwić. Dzisiaj czas poukładać swoje "rzeczy" w tym zasranym życiu. "Rzeczy" związane z Haroldem, mieszkaniem. Nie mogę wiecznie ciążyć Colanowi.


Po południe. 15:36

- Jestem - usłyszałam z przedpokoju.
- Słyszę - odkrzyknęłam - Jestem w salonie.
W ekspresowym tempie znalazł się we framudze drzwi.
- Co tak pachnie? - poruszał zabawnie brwiami
- Obiad. Ryż z kurczakiem po chińsku. Mam nadzieje, że lubisz.
- Jakbyś czytała mi w myślach. Od rana mam na to ochotę. To ja idę umyć ręce i zjeść. - wręcz biegł, by jak najszybciej dorwać się do jedzienia. Dołączyłam do niego w kuchni. Usiadłam na blacie i wpatrywałam się jak zawzięcie łyka duże łyżki ryżu.
- Chcesz? - zapytał z pełną buzią.
- Nie, jadłam już. Cieszę się, że ci smakuje.
- Najlepsze jakie w życiu jadłem. Przysięgam.
- Nie przysięga się. - spojrzał na mnie z zdezorientowaniem - Nic. Mam sprawę do Ciebie.
- Gadaj.
- Pojechałbyś ze mną do mojego domu po moje rzeczy, a później pojeździłbyś ze mną w celu poszukania czegoś dla mnie.
- Oczywiście, przecież nie puszczę Cię tam samej cokolwiek on Ci zrobił. - nie powiedziałam mu nic co tamtego wieczoru się wydarzyło, ale miałam wrażenie, że coś wie.
- Harry nic mi nie zrobił. - głupia go broniłam, bo przecież nic mi nie zrobił tamtego wieczoru. Harry, nie. W odpowiedzi od przyjaciela uzyskałam tylko jego umiejętne przewrócenie oczami.
- Zbyt często przerwacasz oczami. - usiadłam naprzeciwko niego przy stole.
- Zbyt często irytujesz mnie. - odgryzł się
- Zbyt często jesteś dla mnie wredny. - ciągłam
- Głupia zabawa. - wziął do buzi ostatnią łyżkę. Wstał od stołu. Podszedł do zlewu i mył ręce.
- Myje się kotek, myje się miś-a ty w kuchni myjesz się dziś. - wzięłam ze stołu brudne naczynia i włożyłam je do zlewu. - Bo to mydełko i ciepła woda zaraz Ci cudniej urody doda. - śmiałam się.
- Świetny remix, dziecko Gail. - śmiał się ze mną.
- Świetne czasy przedszkolne - podałam mu ścierkę by wytarł ręce.
- Czyżby Gail chciałaby wrócić do przedszkola. - przedrzeźniał mnie dziecięcym głosem.
- Mów co chcesz, ale najlepsze życie miało się w przedszkolu, a tego niedocenialiśmy.
- To są świetne czasy dla leni. - śmiał się. Rzucił szamtką na blat i poszedł do salonu. Szłam za nim - Obiady podają pod ryjek, masz popołudniowe drzemki.
- I kto to mówi. - odgryzłam się. Usiadłam obok niego na kanapie. - Jeśli ty tylko tak wspominasz przedszkole to niezłym gburem byłeś. - żartowałam - Ja wspominam jako mówienie wierszy, zabawy i bieganie na podwórku, gdy było ciepło.
- Niektóre rzeczy zostają w genach jak widać. - zarechotał i złapał się za brzuch.
- Śmiej się, śmiej. - oburzyłam się, chciaż wiem, że żartował.
- Oh Gail. - przytulił się do mnie - Wiesz, że Cię uwielbiam.
- Daj spokój. - uśmiechłam się.
- Teraz chcesz jechać czy później.
- To tylko zależy od Ciebie. Choć teraz najprawdopodobniej Stylesa w domu nie ma.
- To wstawaj.
- Nie chcesz odpocząć?
- Noc jest od wypoczynku Jervis.
- No nie wiem. - rzucił mi znaczące spojrzenie. - Tobie to tylko jedno. - poszedł do przedpokoju. Pobiegłam do pokoju by założyć swoje już suche ubrania. Dobrze, że Colan pierze w domu, a nie chodzi do pralni.
- Rusz się!
- Już. - ktrzyknęłam wbiegając ubrana do przedpokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz