- Gdzie teraz? - Colan zapytał w drodze do... w sumie nigdzie nie jechaliśmy. Po prostu przed siebie.
- Nie mam pojęcia. - emocje sprzed chwili jeszcze nie opadły.
- Rozluźnij się trochę. - zaczął coś pisać na telefonie.
- Próbuję, ale chuja to daje.
- Zmień słownictwo. - wkurwił się. Rzucił telefon na deskę rozdzielczą.
- Skończ. - oparłam głowę o szybę śledząc krawężnik blisko drogi. Nie chcę się kłócić, zwłaszcza z osobą, którą teraz jako jedyną mam. Nie drążył tematu. Jechaliśmy w ciszy. W ciszy której potrzebowałam. Spotkanie z Harrym nie należało do dobrych wspomnień. Pomimo, że odbyło się ono w miarę spokojnie to nie chcę wracać do tego myślami.
Po jakiś 15 minutach Clinton zjechał do ekskluzywnej restauracji. Mieściła się w jednym z wielkich staromodnych kamienic. Klimat na zewnątrz był w szarości i mocnej czerwieni.
- Colan, nie stać mnie na jedzenie w tym miejscu. I mieliśmy poszukać mieszkania. - poinformowałam go uważnie śledząc jego ruchy. Odpinał się z pasa i zbierał swoje rzeczy z auta.
- Mieszkania można poszukać kiedyindziej. Na przykład jutro. A kolacje jak raz Ci postawię to nic się nie stanie. - spojrzał na mnie poważnie. Zaśmiałam się głośno. - Bez podtekstów, Gail. - wyszedł z auta. Zrobiłam to samo.
- A kto powiedział, że zrozumiałam to z podtekstem. - trzasłam drzwiami, a chłopak zamknął auto. Poszłam w jego stronę.
- Jakbym Cię nie znał. - spojrzał na mnie z uniesioną brwią. Poklepałam go po ramieniu. Poszliśmy do środka. Przy wejściu stał starzec z kartą menu.
- Clinton. - z poważnym tonem poinformował przyjaciel.
- Zapraszam za mną. - szedł na sam koniec sali. Wskazał nam stolik dla czterech osób przy wielkim oknie. Usiadłam naprzeciwko chłopaka przy samym widoku na ogród z piękną fontaną przy której dookoła wyłożona była cziemnoszara kostka. W tle były drzewa. Na jednym z nich wisiała huśtawka.
- Wiedziałeś, że tu przyjdziesz. - patrzyłam na widok.
- PrzyjdzieMY - czułam jego wzrok na sobie. Trochę mnie to krępowało dlatego spojrzałam na mojego dzisiejszego towarzysza.
- Wiem, że nie jestem jakąś super modelką, ale bez przesady. Na jednym krześle się spokojnie zmieszczę. - spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami. Zaśmiał się trochę za głośno jak na miejsce w którym się znajdujemy. Patrzyłam na jego rozbawioną, czerwoną twarz. Rzadko udaje mi się go rozśmieszyć do takiego stanu. Jemu za to przeciwnie. Trudno żebym się przy nim nie śmiała.
- Udało Ci się. - odpowiedział, gdy już się trochę uspokoił. Odpowiedziałam uśmiechem triumfalnie. - Wreszcie Ci się udało, Jervis. - poklepał mnie po dłoni śmiejąc się ze mnie.
- Nie musiałeś tego dopowiadać. - oburzyłam się jak 5-latka.
- Oh, przestań. Dokładnie wiesz jak jest. - nadal się ze mnie śmiał.
- Skończ. - wzięłam menu i jeździałam wzrokiem po cenach. - Tutaj herbata kosztuje 4 funty. - wytrzeszczyłam oczy do granic możliwości.
- Spokojnie. Ja płacę. - wziął do ręki drugie menu. Po niecałej minucie doszedł do nas młody kelner.
- Co podać. - stał z notesem i długopisem gotowy do odebrania zamówienie.
- Herbatę. - powiedziałam lekko zażenowana, że tylko na to mnie tutaj stać.
- Tylko? - zapisywał i wystawił ucho czekając na odpowiedź.
- Tak. - próbowałam się ukryć za kartą.
- Nie. Proszę to skreślić. 2 razy łososia z frytkami i 2 razy sok pomarańczowy.
- W takim razie zamiast jednego łososia z frytkami i soku poproszę sałatkę oraz wodę. - Clonton spojrzał na mnie zdezorientowany, ale nic nie powiedział.
- Dobrze. Dziękuję za zamówienie. - odpowiedział i odszedł.
- Nie stać mnie na łososia, a co dopiero na frytki i jebany sok pomarańczowy. - cicho krzyczałam na Clintona.
- Mówiłem, że ja stawia... płacę? Tak, więc zero dyskusji. - patrzył na mnie jak na dziecko. - Najesz się tą sałatką?
- Tak. - siedzieliśmy dalej w ciszy. Po 5 minutach dostaliśmy zamówienie. Nawet dobrze nie zaczęłam sałatki, a Colan już kończył swój posiłek dojadając frytki. Upił sok i spojrzał w stronę wyjścia, a następnie spojrzał na mnie.
- Co? Ubrudziłam się czy co? - wzięłam serwetkę i zaczęłam przecierać usta. Zaśmiał się na moje zdezorientowanie.
- Nie, ale zapomniałem Ci o czymś powiedzieć... - przerwała mu para ludzi w podobnym wieku. Wstał ze swojego miejsca. Siedziałam i patrzyłam na nich zdezorientowana z widelcem przy mojej buzi. - No właśnie. To jest Niall Horan, a to Ramona Wichael. - pokolei wskazywał głową na osoby. - Mieli dołączyć do nas wcześniej. - udał zdenerwowanego. Odłożyłam widelec i wstałam witając się z nimi uściskiem dłoni.
- Eh, daj spokój. Winowajczyni. - farbowany blondyn kiwnął głową w stronę swojej towarzyszki. Wydawał mi się znajomy. Zajęłam swoje miejsce tak jak to zrobił przed chwilą Colan.
- Ja nie stoję pół godziny przed lustrem, by te włoski ułożyć. - przejechała lekko dłonią po jego włosach nie naruszając ich tym samym potwierdzając swoją wypowiedź. Zajęła miejsce obok mnie, a chłopak ostatnie wolne obok Clintona.
- Jesteś irytująca. - skrzywił się... Niall.
- Odpieprz się. - rozejrzałam się czy ktoś zwraca na to uwagę. Na szczęście nikt.
- Zaczeliście jeść bez nas. - oburzył się.
- Stary. - postukał po zegarku na swoim nadgarstku Clinton. - Głodny byłem. - poklepał się po brzuchu. Nie wiedziałam, że mój przyjaciel ma znajomych poza... mną. Nie wiem czemu tak myślałam trochę to egoistyczne, ale nigdy go nie widziałam z kimś innym niż kucharzami, z którymi chodził po pracy do baru, a tym bardziej nie wspominał mi o kimś takim jak Niall czy Ramona. Za mało wiem o moim przyjacielu, o wiele za mało. Posmutniałam na swoje myśli, co zauważył Colan. Para była zajęta rozmową pomiędzy sobą i składaniem zamówienia.
- Coś nie tak? - nachylił się i szeptał - Miałem Ci wcześniej powiedzieć, ale wyleciło mi to zupełnie z głowy. Pewnie przez głód. - uśmiechnął się pocieszająco.
- Nie. Wszystko w porządku. - upewniłam go - Tylko nie wspominałeś nigdy o... - kiwnęłam niezauważalnie w stronę pary.
- Dlatego, że rzadko się widujemy. Mają swoją paczkę. - złapał mnie za dłoń i uśmiechnął się szczerze.
- Czy wy jesteście... razem? - mówiła delikatnie jakby stąpała po kruchym lodzie. Czułam wzrok Nialla na sobie. Krępowało mnie to i wkurwiało. Spojrzałam na niego z zamiarem, że się skrępuje i odpuści. Patrzył się na mnie jak na obrazek. Nie odpuścił, za to ja tak. Nie widziałam celu wpatrywania się w niego.
- Nie, tylko przyjaciele. - pogłaskał mnie po dłoni ostatni raz i puścił.
- Mhm. - nie uwierzyła.
- Później jedziemy do Gordon's Wine Bar. - zmienił temat przyjaciel. - Przyjechaliście czy...
- Przyszliśmy - przerwała mu Ramona.
- Jesteście bardzo podobne. - wyskoczył Niall mrużąc na nas obie oczy, a więc o to mu chodziło.
- Mamy wspólne cechy, ale bez przesady. Rodziną napewno nie jesteśmy. - śmiała się, gdy nagle spoważniała przypominając sobie coś. Spojrzała na mnie uważnie. - Jesteś adoptowana? - zaskoczyła mnie pytaniem. Uniosłam brwi. - Przepraszam, że tak prosto z mostu. - skrępowała się. Wzięła głęboki oddech. - Ale ja jestem z rodziny adopcyjnej i niecałe 2 lata temu poznałam mojego rodzonego brata, który także jest w rodzinie adopcyjnej. Jest rok starszy ode mnie. Ma 22 lata. - zaskoczyła mnie swoimi zwierzeniami. Spojrzałam z zdezorientowaniem na chłopaków. Chyba byli dobrze zapoznani z tą sytuacją, ponieważ wyraźnie posmutnieli. - Matka oddała nas, bo "była za młoda". - powiedziała poirytowana zachowaniem swojej rodzicielki. - Przez nagłe i nieoczekiwane spotkanie brata teraz co spotkaną osobę z podobnymi cechami wyglądu myślę, że to moje rodzeństwo. Bo kto wie ile ta suka dzieci mogła narobić i oddać?!
- Spokojnie moja matka jest zbyt pojebana by myśleć rozsądnie. - przewróciłam oczami. Blondyn strzelił mi nie odgadnione spojrzenie. Odpowiedziałam z zdezorientowaniem. Udał, że nic się nie stało i spojrzał na Ramonę. O co mu chodzi?!
- Co masz na myśli? - dociekała dziewczyna.
- Rozsądnym myśleniem jest oddanie dziecka do adopcji, a nie zostawianie go na pastwe losu. - wypaliłam. Wszyscy rzucili mi dziwne spojrzenie. - Przepraszam. - spuściłam wzrok na swoje palce, którymi się bawiłam.
- Nic nie szkodzi. - próbowała pocieszyć. Uratował mnie kelner podający steki , a nam kolejny sok i wodę.
- Nie zamawiłam... - zaczęłam
- Ja zamawiałem. - przerwał mi Colan. Odpowiedziałam uśmiechem.
- Skąd jesteś Gail? - rzuciła nagle rzując steka Ramona. Z ciekawością spojrzeli na mnie chłopcy. Clintonowi nigdy nie mówiłam, a blondyn nie wiem co miał do tego. Książkę pisał?!
- Ze Szkocji. - rzuciłam. Dziewczyna zaśmiała się. - O co chodzi? - zapytałam zdezorientowana.
- Na szkotkę na pewno nie wyglądasz. Tak szczerze, skąd pochodzisz? - uśmiechnęła się zachęcająco.
- Z Texasu.
- Na amerykanke też mi nie wyglądasz. Przepraszam, ale od zawsze interesują mnie korzenia ludzi. - robiła śmieszne miny przerzuwając steka i w tym samym czasie mnie suchając.
- Moja matka ma korzenie włoskie. Jeśli Ci o to chodzi. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- A ojciec? - dociekała w pozytywnym znaczeniu.
- Nie znam. Matka specjalnie o nim jakoś nie wspominała tylko tyle, że na rolę ojca się nie pisał i zwiał. - wzruszyłam ramionami niewzruszona na wspomnienie o braku ojca.
- Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. - poklepałam ją po ramieniu.
- Myślałem, że masz ojca. - tym razem wtrącił się Colan. Irytuje już mnie ten wywiad. Przewróciłam oczami, a Horan znowu rzucił ten sam wzrok.
- Ojczyma, miałam. - nastała cisza
- Dobra zbieramy się. - rzucił Niall na co wszyscy bez wahania wstali ze swoich miejsc.
wtorek, 1 grudnia 2015
ROZDZIAŁ 5
Jechaliśmy dobre pół godziny jakimiś polnymi drogami. Gdy podjechaliśmy pod dom serce zaczęło mi szalenie walić. Zrobiło mi się niedobrze na samą myśl, że mam tam wejść. Jest 16 gdzie Harry powienien być w pracy. Jednak nigdy nie byłam w stu procentach pewna. W końcu jako fotograf sam wyznaczał sobie pory do sesji. Wiem, że przeważnie wybierał poobiednie. Pracował w studiu, więc o pogodę nie musiał się martwić. A godziny popołudniowe od tak mu pasowały. Nigdy o to nie pytałam.
- Mam wejść tam z tobą? - spojrzał na mnie uważnie. Przełkłam ślinę, chyba za głośno, bo chłopak wziął to za odpwiedź. Wysiadł pierwszy. - Chodź. Teraz albo nigdy. - poganiał mnie moimi powiedzeniami. Powoli wyszłam. Ruszyłam w stronę drzwi uważnie na nie patrząc. Nie wiem czego, ale się bałam jak cholera. Czułam jak chłopak idzie krok za mną co dodawało mi otuchy. Jednak to nie oznacza, że przestałam się bać. Gdy byliśmy tuż pod drzwiami zaczęłam wracać do auta szybkim krokiem.
- A ty gdzie idziesz? - złapał mnie za ramie na co osłupiałam. Nie lubiłam gdy ktoś mnie dotykał. Przypominały mi się horrory z mojego zjebanego życia.- Przepraszam. Nie chciałem. - odwróciłam się w stronę Colana. Zobaczyłam, że był przestraszony, nie tym, że mamy tam wejść, ale tym jak zareagowałam na jego czyn.
- Nie, to ja przepraszam. - spuściłam wzrok na moje szpilki - Nie tylko za to... ale też za to, że Cię tutaj zciągłam. Możemy wracać?
- Gail, kiedyś musisz się z nim zmierzyć twarzą w twarz. Nie możesz uciekać. - spojrzałam w jego oczy i nabrałam odwagi. Odwagi na to by przejść przez te jebane drzwi.
- Dobra. - wyjęłam kulcz z kieszeni dżinsów i wsunęłam go cicho do zamka. Drzwi były otwarte. Oniemiałam.
- Wchodź. Jestem tutaj z tobą.
Otworzyłam delikatnie drzwi po czym weszłam do środka. Harry nigdy nie zostawiał drzwi otwartych z obawy na niespodziewanych gości=wrogów. Rozejrzałam się po salonie i kuchni, ale było pusto. Odetchnęłam z ulgą. Dopiero teraz dostrzegłam jaki jest syf w całym domu. Przeszłam bez celu po salonie stukając głośno szpilkamj. Odpychałam nogą sprzed drogi brudne ubrania, puste butelki, jakieś śmieci. Usłyszałam trzask drzwiami dochodzący z góry. Energicznie się odwróciłam i spojrzałam na Colana, który stał w drzwiach z oczmi na wierzchu. Spojrzał na schody. Zrobiłam to samo. Dźwięk drewnianych schodów mnie drażnił jak nigdy. Pierw zobaczyłam gołe, duże stopy, a potem ujawniła się cała sylwetka, Harolda. Patrzył wściekle przed siebie na Clintona, później spojrzał w moją stronę i jego mina się zmieniła... na pustą. Zszedł ze schodów i poszedł wprost do kuchni. Śledziliśmy z przyjacielem go cały czas wzrokiem. Wziął piwo z lodówki i usiadł na kanapie w salonie. Odpalił telewizor z pilota i przerzucał kanały jak to w zwyczaju robił. Miał na sobie tylko, szare, szorty dresowe. Colan spojrzał na mnie z zdezorientowaniem. Odpowiedziałam mu tym samym. Stałam jak słup i wgapiałam się w Stylesa. Myślałam, że jego reakcja będzie zupełnie inna. Kochałam go i tak. W końcu byliśmy trochę ze sobą. Zbierało mi się na płacz. Ogarnęłam się i pobiegłam w miarę moich możliwości do sypialni, na górę, by się jak najszybciej spakować i stąd uciec. Zostawiłam Colana sam na sam z Harrym. W pomieszczeniu zastałam nagą, okrytą tylko prześcieradłem, blondynę. Spała. Szczupła z długimi nogami. Stanęłam w drzwiach i w jednej chwili uleciała już ze mnie tęsknota i smutek. Złość rosła z każdą sekundą. Zlekceważyłam ją i sięgłam z ogronej szafy moje dwie walizki. Spadły zbyt głośno na ziemię. Usłyszałam pisk co spowodowało, że zacisnęłam oczy. Za bardzo pisklywy jak na moje uszy.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - zaczęła przerażająco krzyczeć. Przewróciłam oczami. Odwróciłam się na pięcie w jej stronę. Zakrywała się prześcieradłem pod samą szyje.
- Jestem byłą Harolda, ale spokojnie spakuję swoje rzeczy i już mnie tutaj nie ma. - powiedziałam spokojnie ze sztucznym uśmiechem. Za spokojnie jak na mój stan w tamtym momencie. Czułam dziwne kłucie w brzuchu. Niegdy nie widziałam Harrego z żadną kobietą. Źle się z tym czułam pomimo tego co mi wyrządził. Zaczęłam chodzić szybkim krokiem od łazienki do sypialni wrzucając byle jak rzeczy do waliz. Gdy wszystko spakowałam poszłam na schody. Zaczęłam męczyć się z ich zniesieniem. Gdy tylko mnie zauważył Colan podbiegł po schodach i wziął ode mnie walizy i bez trudu je zniósł. Gdy byliśmy metr od drzwi wyjściowych odezwał się głos, którego miałam nadzieje, że teraz nie usłyszę. Staneliśmy razem z przyjacielem w półkroku jak na rozkaz.
- Czyli z nami koniec? - miał przerażliwą chrypę. Och, no coś ty tylko rzeczy wymieniam, za chwilę wrócę i pobawię się z tobą i twoją dziwką. Sarkazm rodził się we mnie.
- A na co to wygląda? - zapytałam jednak nie oczekiwałam odpowiedzi.
- Widziałem... no wiesz... - był zmieszany - ...nagranie. - patrzył pusto w podłogę. - Chciałbym Cię za to przeprosić. - spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. Rzuciłam mu zdezorientowane spojrzenie. Nie oczekiwałam od niego przeprosin. - To takie dziwne, że Cię przeprosiłem? - poirytował się - No bo wiesz, też mam sumienie. - patrzył na mnie zmrużonymi oczami.
- Nie oczekiwałam tego od ciebie.
- Mam nadzieje, że mi wybaczysz. - patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem.
- Cześć. - rzuciłam szybko i wybiegłam, a za mną Clinton.
- Do zobaczenia. - krzyknął z chrypą. OBY NIE. Mój cały środek krzyczał.
- Mam wejść tam z tobą? - spojrzał na mnie uważnie. Przełkłam ślinę, chyba za głośno, bo chłopak wziął to za odpwiedź. Wysiadł pierwszy. - Chodź. Teraz albo nigdy. - poganiał mnie moimi powiedzeniami. Powoli wyszłam. Ruszyłam w stronę drzwi uważnie na nie patrząc. Nie wiem czego, ale się bałam jak cholera. Czułam jak chłopak idzie krok za mną co dodawało mi otuchy. Jednak to nie oznacza, że przestałam się bać. Gdy byliśmy tuż pod drzwiami zaczęłam wracać do auta szybkim krokiem.
- A ty gdzie idziesz? - złapał mnie za ramie na co osłupiałam. Nie lubiłam gdy ktoś mnie dotykał. Przypominały mi się horrory z mojego zjebanego życia.- Przepraszam. Nie chciałem. - odwróciłam się w stronę Colana. Zobaczyłam, że był przestraszony, nie tym, że mamy tam wejść, ale tym jak zareagowałam na jego czyn.
- Nie, to ja przepraszam. - spuściłam wzrok na moje szpilki - Nie tylko za to... ale też za to, że Cię tutaj zciągłam. Możemy wracać?
- Gail, kiedyś musisz się z nim zmierzyć twarzą w twarz. Nie możesz uciekać. - spojrzałam w jego oczy i nabrałam odwagi. Odwagi na to by przejść przez te jebane drzwi.
- Dobra. - wyjęłam kulcz z kieszeni dżinsów i wsunęłam go cicho do zamka. Drzwi były otwarte. Oniemiałam.
- Wchodź. Jestem tutaj z tobą.
Otworzyłam delikatnie drzwi po czym weszłam do środka. Harry nigdy nie zostawiał drzwi otwartych z obawy na niespodziewanych gości=wrogów. Rozejrzałam się po salonie i kuchni, ale było pusto. Odetchnęłam z ulgą. Dopiero teraz dostrzegłam jaki jest syf w całym domu. Przeszłam bez celu po salonie stukając głośno szpilkamj. Odpychałam nogą sprzed drogi brudne ubrania, puste butelki, jakieś śmieci. Usłyszałam trzask drzwiami dochodzący z góry. Energicznie się odwróciłam i spojrzałam na Colana, który stał w drzwiach z oczmi na wierzchu. Spojrzał na schody. Zrobiłam to samo. Dźwięk drewnianych schodów mnie drażnił jak nigdy. Pierw zobaczyłam gołe, duże stopy, a potem ujawniła się cała sylwetka, Harolda. Patrzył wściekle przed siebie na Clintona, później spojrzał w moją stronę i jego mina się zmieniła... na pustą. Zszedł ze schodów i poszedł wprost do kuchni. Śledziliśmy z przyjacielem go cały czas wzrokiem. Wziął piwo z lodówki i usiadł na kanapie w salonie. Odpalił telewizor z pilota i przerzucał kanały jak to w zwyczaju robił. Miał na sobie tylko, szare, szorty dresowe. Colan spojrzał na mnie z zdezorientowaniem. Odpowiedziałam mu tym samym. Stałam jak słup i wgapiałam się w Stylesa. Myślałam, że jego reakcja będzie zupełnie inna. Kochałam go i tak. W końcu byliśmy trochę ze sobą. Zbierało mi się na płacz. Ogarnęłam się i pobiegłam w miarę moich możliwości do sypialni, na górę, by się jak najszybciej spakować i stąd uciec. Zostawiłam Colana sam na sam z Harrym. W pomieszczeniu zastałam nagą, okrytą tylko prześcieradłem, blondynę. Spała. Szczupła z długimi nogami. Stanęłam w drzwiach i w jednej chwili uleciała już ze mnie tęsknota i smutek. Złość rosła z każdą sekundą. Zlekceważyłam ją i sięgłam z ogronej szafy moje dwie walizki. Spadły zbyt głośno na ziemię. Usłyszałam pisk co spowodowało, że zacisnęłam oczy. Za bardzo pisklywy jak na moje uszy.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - zaczęła przerażająco krzyczeć. Przewróciłam oczami. Odwróciłam się na pięcie w jej stronę. Zakrywała się prześcieradłem pod samą szyje.
- Jestem byłą Harolda, ale spokojnie spakuję swoje rzeczy i już mnie tutaj nie ma. - powiedziałam spokojnie ze sztucznym uśmiechem. Za spokojnie jak na mój stan w tamtym momencie. Czułam dziwne kłucie w brzuchu. Niegdy nie widziałam Harrego z żadną kobietą. Źle się z tym czułam pomimo tego co mi wyrządził. Zaczęłam chodzić szybkim krokiem od łazienki do sypialni wrzucając byle jak rzeczy do waliz. Gdy wszystko spakowałam poszłam na schody. Zaczęłam męczyć się z ich zniesieniem. Gdy tylko mnie zauważył Colan podbiegł po schodach i wziął ode mnie walizy i bez trudu je zniósł. Gdy byliśmy metr od drzwi wyjściowych odezwał się głos, którego miałam nadzieje, że teraz nie usłyszę. Staneliśmy razem z przyjacielem w półkroku jak na rozkaz.
- Czyli z nami koniec? - miał przerażliwą chrypę. Och, no coś ty tylko rzeczy wymieniam, za chwilę wrócę i pobawię się z tobą i twoją dziwką. Sarkazm rodził się we mnie.
- A na co to wygląda? - zapytałam jednak nie oczekiwałam odpowiedzi.
- Widziałem... no wiesz... - był zmieszany - ...nagranie. - patrzył pusto w podłogę. - Chciałbym Cię za to przeprosić. - spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. Rzuciłam mu zdezorientowane spojrzenie. Nie oczekiwałam od niego przeprosin. - To takie dziwne, że Cię przeprosiłem? - poirytował się - No bo wiesz, też mam sumienie. - patrzył na mnie zmrużonymi oczami.
- Nie oczekiwałam tego od ciebie.
- Mam nadzieje, że mi wybaczysz. - patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem.
- Cześć. - rzuciłam szybko i wybiegłam, a za mną Clinton.
- Do zobaczenia. - krzyknął z chrypą. OBY NIE. Mój cały środek krzyczał.
ROZDZIAŁ 4
Wieczór
- Fajnie było poznać choć w bardzo nietypowy sposób. - zaśmiałam się przypominając sobie pierwszy minuty tego spotkania - Nawet pożyczyła mi pare ciuchów.
- Ma chopla na punkcie dziewczyn z którymi się spotykam. - zrobił zabawną minę wkładając kolejną łyżeczkę lodów. Siedzieliśmy już dobrą godzinę na kanapie przed telewizorem i zajadaliśmy się lodami, które kupił Colan, gdy wracał z pracy.
- Aż tyle ich masz? - moja ciekawość niezna granic. Sięgłam łyżeczką do pudełka po lody. Patrzyłam z ciekawością na przyjaciela.
- No... - zmieszał się - Nieraz zapraszam po imprezie dziewczyny na mały numerek.
- A taki niepozorny chłopak. - pokręciłam głową z rozbawieniem na twarzy. Nawet nie zauważyłam, a w telewizji zaczynał się mój ulubiony film z Zac'iem Efronem "Charlie st cloud".
- To tylko... - zaczął, ale mu przerwałam.
- Ciiii, mój ulubiony film. - przyłożyłam mu palec wskazujący do ust uciszając go tym. Wpatrywałam się uważnie w ekran. Odwróciłam się na chwile do Clintona i zobaczyłam jak mi się przypatruje - Nie musisz mi się tłumaczyć. To twoja sprawa. - poklepałam go po ramieniu, a później usadowiłam się wygodnie na miejscu.
Cały film nie zwracałam na nic uwagi, prócz filmu. Gdy zaczęły lecieć napisy rozejrzałam się dookoła, ale byłam sama.
- Colan?! - krzyczałam jak głupia. Może śpi, a ja się wydzieram?!
Poszłam do jego sypialni lekko zapukałam i uchyliłam drzwi, ale go tam nie zastałam. Zaczełam biegać po wszytskich pomieszczeniach, ale na nic. Byłam sama. Nawet mnie nie poinformował. Pobiegłam do "mojej" sypialni. Zaczęłam desperacko szukać komórki. Nie mogłam jej znaleźć.
- Uwielbiam moją sklerozę. - mruknęłam sarkastycznie pod nosem. Przeleciałam wzrokiem po meblech. - Jest! - krzykłam pomimo, że nie było nikogo w pobliżu. Przeszukałam kontakty i znalazłam "tatę". Wsuchiwałam się w sygnały. Odezwał się głos Colana "Zadzwoń później, a jak nie no to zostaw wiadomość i tak nie wiem czy odsłucham, więc... rób co chcesz." Wzdrygłam się na pisk w słuchwace co oznaczało , że zaczęła się nagrywać wiadomość.
- Colan, gdzie do cholery jesteś? Martwię się. Mógłbyś odebrać? - przewróciłam oczami. Wcisnęłam czerwoną słuchawkę i rzuciłam telefon na łóżko. Podreptałam bosymi stopami po drwnianej powierzchni do salonu. Czekałam na niego 20 minut na kanapie co mi się znudziło i poszłam pod prysznic. Wykąpałam się w 5 minut. Założyłam na siebie biały t-shirt Colana, który sięgał mi do połowy ud i spokojnie wszystko mi zasłaniał. Będę musiała jakoś odzyskać swoje ubrania. Sprawidziłam czy drzwi są zamknięte. Poszłam do pokoju i usnęłam w świeżym wygodnym łóżku.
Zbudziła mnie czyjaś ręka.
- Idę do pracy. - Colan w pół wisiał nademną. Zmaróżyłam oczy . Nie przyzwyczaiłam się jeszcze do światła.
- Gdzie byłeś wczoraj wieczorem? - podniosłam się i przyciągłam ręce. Chłopak zdjął kolano z łóżka i stanął przedemną wyprostowany jak we wojsku. Światło już mi mniej przeszkadzało co spokojnie mogłam zobaczyć potężne ciało chłopaka.
- Musiałem pare rzeczy załawić.
- Nie mogłeś mnie o tym poinformować. Martwiłam się. - powiedziałam z grymasem na twarzy.
- Wiem, słyszałem. - zmrużyłam oczy - Odsłuchałem sekretarkę. - kontynuował.
- Aha, dzięki. - zrzuciłam z siebie kołdrę. Dziwne. Nie przykrywałam się.
- Ja Cię przykrykryłem. - czytał mi w myślach. Uśmiechłam się w podziekowaniu i przerzuciłam nogi na brzeg łóżka. Clinton zmieszał się i odwrócił się całym ciałem w stronę drzwi i ruszył w ich stronę. - To ja już pójdę. - spojrzałam się na siebie. Jednak koszulka dobrze wszystko zakrywała.
- To nie tak, że nie widziałeś już ciała kobiety. - zaśmiałam się głośno.
- Och, Jervis jaka ty zabawna. - krzyknął z przedpokoju. - PA!
- Narazie. - poczym usłyszałam trzask drzwiami i przekręcanie kluczy w zamku. Zeskoczyłam z łóżka zbyt energicznie jak na moje poranne wstawanie. Ruszyłam do łazienki by się załatwić. Dzisiaj czas poukładać swoje "rzeczy" w tym zasranym życiu. "Rzeczy" związane z Haroldem, mieszkaniem. Nie mogę wiecznie ciążyć Colanowi.
Po południe. 15:36
- Jestem - usłyszałam z przedpokoju.
- Słyszę - odkrzyknęłam - Jestem w salonie.
W ekspresowym tempie znalazł się we framudze drzwi.
- Co tak pachnie? - poruszał zabawnie brwiami
- Obiad. Ryż z kurczakiem po chińsku. Mam nadzieje, że lubisz.
- Jakbyś czytała mi w myślach. Od rana mam na to ochotę. To ja idę umyć ręce i zjeść. - wręcz biegł, by jak najszybciej dorwać się do jedzienia. Dołączyłam do niego w kuchni. Usiadłam na blacie i wpatrywałam się jak zawzięcie łyka duże łyżki ryżu.
- Chcesz? - zapytał z pełną buzią.
- Nie, jadłam już. Cieszę się, że ci smakuje.
- Najlepsze jakie w życiu jadłem. Przysięgam.
- Nie przysięga się. - spojrzał na mnie z zdezorientowaniem - Nic. Mam sprawę do Ciebie.
- Gadaj.
- Pojechałbyś ze mną do mojego domu po moje rzeczy, a później pojeździłbyś ze mną w celu poszukania czegoś dla mnie.
- Oczywiście, przecież nie puszczę Cię tam samej cokolwiek on Ci zrobił. - nie powiedziałam mu nic co tamtego wieczoru się wydarzyło, ale miałam wrażenie, że coś wie.
- Harry nic mi nie zrobił. - głupia go broniłam, bo przecież nic mi nie zrobił tamtego wieczoru. Harry, nie. W odpowiedzi od przyjaciela uzyskałam tylko jego umiejętne przewrócenie oczami.
- Zbyt często przerwacasz oczami. - usiadłam naprzeciwko niego przy stole.
- Zbyt często irytujesz mnie. - odgryzł się
- Zbyt często jesteś dla mnie wredny. - ciągłam
- Głupia zabawa. - wziął do buzi ostatnią łyżkę. Wstał od stołu. Podszedł do zlewu i mył ręce.
- Myje się kotek, myje się miś-a ty w kuchni myjesz się dziś. - wzięłam ze stołu brudne naczynia i włożyłam je do zlewu. - Bo to mydełko i ciepła woda zaraz Ci cudniej urody doda. - śmiałam się.
- Świetny remix, dziecko Gail. - śmiał się ze mną.
- Świetne czasy przedszkolne - podałam mu ścierkę by wytarł ręce.
- Czyżby Gail chciałaby wrócić do przedszkola. - przedrzeźniał mnie dziecięcym głosem.
- Mów co chcesz, ale najlepsze życie miało się w przedszkolu, a tego niedocenialiśmy.
- To są świetne czasy dla leni. - śmiał się. Rzucił szamtką na blat i poszedł do salonu. Szłam za nim - Obiady podają pod ryjek, masz popołudniowe drzemki.
- I kto to mówi. - odgryzłam się. Usiadłam obok niego na kanapie. - Jeśli ty tylko tak wspominasz przedszkole to niezłym gburem byłeś. - żartowałam - Ja wspominam jako mówienie wierszy, zabawy i bieganie na podwórku, gdy było ciepło.
- Niektóre rzeczy zostają w genach jak widać. - zarechotał i złapał się za brzuch.
- Śmiej się, śmiej. - oburzyłam się, chciaż wiem, że żartował.
- Oh Gail. - przytulił się do mnie - Wiesz, że Cię uwielbiam.
- Daj spokój. - uśmiechłam się.
- Teraz chcesz jechać czy później.
- To tylko zależy od Ciebie. Choć teraz najprawdopodobniej Stylesa w domu nie ma.
- To wstawaj.
- Nie chcesz odpocząć?
- Noc jest od wypoczynku Jervis.
- No nie wiem. - rzucił mi znaczące spojrzenie. - Tobie to tylko jedno. - poszedł do przedpokoju. Pobiegłam do pokoju by założyć swoje już suche ubrania. Dobrze, że Colan pierze w domu, a nie chodzi do pralni.
- Rusz się!
- Już. - ktrzyknęłam wbiegając ubrana do przedpokoju.
- Fajnie było poznać choć w bardzo nietypowy sposób. - zaśmiałam się przypominając sobie pierwszy minuty tego spotkania - Nawet pożyczyła mi pare ciuchów.
- Ma chopla na punkcie dziewczyn z którymi się spotykam. - zrobił zabawną minę wkładając kolejną łyżeczkę lodów. Siedzieliśmy już dobrą godzinę na kanapie przed telewizorem i zajadaliśmy się lodami, które kupił Colan, gdy wracał z pracy.
- Aż tyle ich masz? - moja ciekawość niezna granic. Sięgłam łyżeczką do pudełka po lody. Patrzyłam z ciekawością na przyjaciela.
- No... - zmieszał się - Nieraz zapraszam po imprezie dziewczyny na mały numerek.
- A taki niepozorny chłopak. - pokręciłam głową z rozbawieniem na twarzy. Nawet nie zauważyłam, a w telewizji zaczynał się mój ulubiony film z Zac'iem Efronem "Charlie st cloud".
- To tylko... - zaczął, ale mu przerwałam.
- Ciiii, mój ulubiony film. - przyłożyłam mu palec wskazujący do ust uciszając go tym. Wpatrywałam się uważnie w ekran. Odwróciłam się na chwile do Clintona i zobaczyłam jak mi się przypatruje - Nie musisz mi się tłumaczyć. To twoja sprawa. - poklepałam go po ramieniu, a później usadowiłam się wygodnie na miejscu.
Cały film nie zwracałam na nic uwagi, prócz filmu. Gdy zaczęły lecieć napisy rozejrzałam się dookoła, ale byłam sama.
- Colan?! - krzyczałam jak głupia. Może śpi, a ja się wydzieram?!
Poszłam do jego sypialni lekko zapukałam i uchyliłam drzwi, ale go tam nie zastałam. Zaczełam biegać po wszytskich pomieszczeniach, ale na nic. Byłam sama. Nawet mnie nie poinformował. Pobiegłam do "mojej" sypialni. Zaczęłam desperacko szukać komórki. Nie mogłam jej znaleźć.
- Uwielbiam moją sklerozę. - mruknęłam sarkastycznie pod nosem. Przeleciałam wzrokiem po meblech. - Jest! - krzykłam pomimo, że nie było nikogo w pobliżu. Przeszukałam kontakty i znalazłam "tatę". Wsuchiwałam się w sygnały. Odezwał się głos Colana "Zadzwoń później, a jak nie no to zostaw wiadomość i tak nie wiem czy odsłucham, więc... rób co chcesz." Wzdrygłam się na pisk w słuchwace co oznaczało , że zaczęła się nagrywać wiadomość.
- Colan, gdzie do cholery jesteś? Martwię się. Mógłbyś odebrać? - przewróciłam oczami. Wcisnęłam czerwoną słuchawkę i rzuciłam telefon na łóżko. Podreptałam bosymi stopami po drwnianej powierzchni do salonu. Czekałam na niego 20 minut na kanapie co mi się znudziło i poszłam pod prysznic. Wykąpałam się w 5 minut. Założyłam na siebie biały t-shirt Colana, który sięgał mi do połowy ud i spokojnie wszystko mi zasłaniał. Będę musiała jakoś odzyskać swoje ubrania. Sprawidziłam czy drzwi są zamknięte. Poszłam do pokoju i usnęłam w świeżym wygodnym łóżku.
Zbudziła mnie czyjaś ręka.
- Idę do pracy. - Colan w pół wisiał nademną. Zmaróżyłam oczy . Nie przyzwyczaiłam się jeszcze do światła.
- Gdzie byłeś wczoraj wieczorem? - podniosłam się i przyciągłam ręce. Chłopak zdjął kolano z łóżka i stanął przedemną wyprostowany jak we wojsku. Światło już mi mniej przeszkadzało co spokojnie mogłam zobaczyć potężne ciało chłopaka.
- Musiałem pare rzeczy załawić.
- Nie mogłeś mnie o tym poinformować. Martwiłam się. - powiedziałam z grymasem na twarzy.
- Wiem, słyszałem. - zmrużyłam oczy - Odsłuchałem sekretarkę. - kontynuował.
- Aha, dzięki. - zrzuciłam z siebie kołdrę. Dziwne. Nie przykrywałam się.
- Ja Cię przykrykryłem. - czytał mi w myślach. Uśmiechłam się w podziekowaniu i przerzuciłam nogi na brzeg łóżka. Clinton zmieszał się i odwrócił się całym ciałem w stronę drzwi i ruszył w ich stronę. - To ja już pójdę. - spojrzałam się na siebie. Jednak koszulka dobrze wszystko zakrywała.
- To nie tak, że nie widziałeś już ciała kobiety. - zaśmiałam się głośno.
- Och, Jervis jaka ty zabawna. - krzyknął z przedpokoju. - PA!
- Narazie. - poczym usłyszałam trzask drzwiami i przekręcanie kluczy w zamku. Zeskoczyłam z łóżka zbyt energicznie jak na moje poranne wstawanie. Ruszyłam do łazienki by się załatwić. Dzisiaj czas poukładać swoje "rzeczy" w tym zasranym życiu. "Rzeczy" związane z Haroldem, mieszkaniem. Nie mogę wiecznie ciążyć Colanowi.
Po południe. 15:36
- Jestem - usłyszałam z przedpokoju.
- Słyszę - odkrzyknęłam - Jestem w salonie.
W ekspresowym tempie znalazł się we framudze drzwi.
- Co tak pachnie? - poruszał zabawnie brwiami
- Obiad. Ryż z kurczakiem po chińsku. Mam nadzieje, że lubisz.
- Jakbyś czytała mi w myślach. Od rana mam na to ochotę. To ja idę umyć ręce i zjeść. - wręcz biegł, by jak najszybciej dorwać się do jedzienia. Dołączyłam do niego w kuchni. Usiadłam na blacie i wpatrywałam się jak zawzięcie łyka duże łyżki ryżu.
- Chcesz? - zapytał z pełną buzią.
- Nie, jadłam już. Cieszę się, że ci smakuje.
- Najlepsze jakie w życiu jadłem. Przysięgam.
- Nie przysięga się. - spojrzał na mnie z zdezorientowaniem - Nic. Mam sprawę do Ciebie.
- Gadaj.
- Pojechałbyś ze mną do mojego domu po moje rzeczy, a później pojeździłbyś ze mną w celu poszukania czegoś dla mnie.
- Oczywiście, przecież nie puszczę Cię tam samej cokolwiek on Ci zrobił. - nie powiedziałam mu nic co tamtego wieczoru się wydarzyło, ale miałam wrażenie, że coś wie.
- Harry nic mi nie zrobił. - głupia go broniłam, bo przecież nic mi nie zrobił tamtego wieczoru. Harry, nie. W odpowiedzi od przyjaciela uzyskałam tylko jego umiejętne przewrócenie oczami.
- Zbyt często przerwacasz oczami. - usiadłam naprzeciwko niego przy stole.
- Zbyt często irytujesz mnie. - odgryzł się
- Zbyt często jesteś dla mnie wredny. - ciągłam
- Głupia zabawa. - wziął do buzi ostatnią łyżkę. Wstał od stołu. Podszedł do zlewu i mył ręce.
- Myje się kotek, myje się miś-a ty w kuchni myjesz się dziś. - wzięłam ze stołu brudne naczynia i włożyłam je do zlewu. - Bo to mydełko i ciepła woda zaraz Ci cudniej urody doda. - śmiałam się.
- Świetny remix, dziecko Gail. - śmiał się ze mną.
- Świetne czasy przedszkolne - podałam mu ścierkę by wytarł ręce.
- Czyżby Gail chciałaby wrócić do przedszkola. - przedrzeźniał mnie dziecięcym głosem.
- Mów co chcesz, ale najlepsze życie miało się w przedszkolu, a tego niedocenialiśmy.
- To są świetne czasy dla leni. - śmiał się. Rzucił szamtką na blat i poszedł do salonu. Szłam za nim - Obiady podają pod ryjek, masz popołudniowe drzemki.
- I kto to mówi. - odgryzłam się. Usiadłam obok niego na kanapie. - Jeśli ty tylko tak wspominasz przedszkole to niezłym gburem byłeś. - żartowałam - Ja wspominam jako mówienie wierszy, zabawy i bieganie na podwórku, gdy było ciepło.
- Niektóre rzeczy zostają w genach jak widać. - zarechotał i złapał się za brzuch.
- Śmiej się, śmiej. - oburzyłam się, chciaż wiem, że żartował.
- Oh Gail. - przytulił się do mnie - Wiesz, że Cię uwielbiam.
- Daj spokój. - uśmiechłam się.
- Teraz chcesz jechać czy później.
- To tylko zależy od Ciebie. Choć teraz najprawdopodobniej Stylesa w domu nie ma.
- To wstawaj.
- Nie chcesz odpocząć?
- Noc jest od wypoczynku Jervis.
- No nie wiem. - rzucił mi znaczące spojrzenie. - Tobie to tylko jedno. - poszedł do przedpokoju. Pobiegłam do pokoju by założyć swoje już suche ubrania. Dobrze, że Colan pierze w domu, a nie chodzi do pralni.
- Rusz się!
- Już. - ktrzyknęłam wbiegając ubrana do przedpokoju.
ROZDZIAŁ 3
Oślepiły mnie światła reflektorów samochodu, który zatrzymał się naprzeciwko mnie po drugiej stronie rzeki. Zakryłam oczy wierzchem mojej ręki pozbywając irytującego światła z mojej twarzy. Usłyszałam trzask drzwiami.
- Gail! - krzyknął dobrze mi znany głos.
- Colan! - automatycznie stanęłam na nogi, a na mojej twarzy wreszcie zagościł uśmiech. Mój wybawiciel.
- Chodź do auta! - krzyczeliśmy do siebie jak para idiotów. Gdybyśmy mówili do siebie normalnym tonem to i tak byśmy się zrozumieli. No ale cóż, to Colan. Nigdy nie umie się cicho zachować. Ruszyłam w stronę mostku. Gdy byłam już tylko kilkanaście metrów od szatyna zaczęłam biec i wpadłam wprost w jego ramiona. Ściskał mnie bardzo mocno, aż za mocno.
- Jesteś cała?! - nie puszczał.
- Tak, ale jeśli mnie nie puścisz to to się zmieni. - uśmiech nie schodził mi z twarzy.
- Oh, przepraszam. Wiesz jak się bałem tego w jakim stanie Cię zastanę?! - uwolnił mnie spod swoich ramion i spojrzał na mnie troskliwym wzrokiem. Odpowiedziałam uśmiechem.
- Jest okej. Jak widzisz.
- Nie powiedziałbym. Masz spuchniętą twarz. - pogłaskał mnie po poliku.
- Zimno mi. - zmieniłam temat. Wiem, że co do Harrego miał racje. To nie był facet dla mnie. Nie lubię przyznawać racji i gadać o swoich emocjach. Trochę mi wstyd przez to ile razy w ostatnim dniu płakałam.
- Chodź do środka. - otworzył mi drzwi od strony pasażera. Wsiadłam. Obserwowałam chłopaka jak idzie na około na swoje miejsce.
- Chcesz porozmawiać? - spojrzał na mnie zapinając swoje pasy, gdy ja unikałam jego kontaktu wzrokowego.
- Nie. - powiedziałam stanowczo i trochę za ostro - Jedźmy już. Jestem zmęczona. - oparłam głowę o szybę obserwując rzekę przed nami.
- Okej. - posmutniał i przekręcił kluczyk w stacyjce. - Tylko zapnij pasy. - posłuchałam go. Gdy zaczął wycofywać włączyłam radio. Leciały w nim jakieś smęty co mnie zirytowało, bo po takich przeżyciach jak ostatni wieczór?! Wyłączyłam. Nie chciało mi się główkować jak zmienia się na następną stacje, a zapytać o to przyjaciela nie wchodziło w rachubę. Nawiązałaby się rozmowa, a teraz wolę w ciszy dotrzeć do ciepłego miejsca. Chcę się wyciszyć i iść jak najszybciej spać. Droga mijała nam trochę za długo, ponieważ jechaliśmy już 40 minut, a nie zapowiadało się na to byśmy dojeżdżali.
- Daleko jeszcze? - przełamałam się.
- Jeszcze 5 minut. - patrzył uważnie na jezdnię.
- Daleko mieszkasz. - swietrdziłam sama do siebie.
- Nic bliżej nie było. - odpowiedział po chwili czego od niego nieoczekiwałam. Podjechaliśmy pod ogromną kamienicę z ciemnoczerwonej cegły. Budowla wyglądała na starą konstrukcję. Nie była obskurna, wręcz przeciwnie. Wyglądała na ekskluzywną i drogą. Jestem ciekawa skąd tyle kasy ma, bo raczej z naszej pensji nie można sobie pozwolić na coś tak pięknego. Zaparkował tuż przy białych schodach, które prowadziły najprawdopodobniej do klatki schodowej.
- Pewnie majątek tu kosztuje sam wynajem. - stwierdziłam odpinając pas i wpatrując się w piękne zdobienia.
- Rodzice mi kupili mieszkanie bym nie mieszkał nadal z nimi. - wyszedł i zatrzasnął drzwi. Zrobiłam to samo.
- Nie chcą z tobą mieszkać? - spytałam z ciekawości mrużąc oczy. Czekałam na niego, aż obejdzie samochód i dołączy do mnie.
- Nie. To raczej ja z nimi nie chcę. Facet, który ma 21 lat nadal mieszka z rodzicami?! Trochę śmiesznie to brzmi. Nie sądzisz Gail? - uniósł jedną brew. Zaczął prowadzić do najbliższej klatki. Szłam krok za nim.
- Trochę. Mieszkają oni, twoi rodzice, w Londynie? - mówiłam do jego pleców. Przystaneliśmy przy drzwiach by mógł je otworzyć kluczem. Przepuścił mnie jako pierwszą i nakierował na pierwsze piętro i pierwsze drzwi na lewo.
- Nie. Mieszkają w Plymouth. Stamtąd pochodzę. - wpatrywałam się w stopnie pod moimi nogami i wsłuchiwałam się w jego akcent.
- Mało o tobie wiem. - zrobiło mi się smutno, że nic prawie nie wiem o moim przyjacielu. Przystanęłam pod ciemnobrązowymi drzwiami.
- Dlatego to nadrobimy jak wypoczniesz. - wyjął pęk kluczy i szukał jakiegoś po czym zaczął otwierać jednym z nich drzwi. Przepuścił mnie pierwszą. Zdjęłam przy wejściu buty i czekałam za przyjacielem.
- Nie wypocznę. - jękłam. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie pytająco. - Praca?! - odpowiedziałam.
- Napiszesz do szefa, że źle się czujesz i weźmiesz wolne do końca tygodnia. Należy Ci się.
- Co ja będę robić do końca tygodnia jak nie mam się gdzie zatrzymać?! - zmarszczyłam brwi
- U mnie zostaniesz dopóki czegoś nie znajdziesz i nie unormujesz swoich spraw.
- Um, okej. Dzięki. - uśmiechnęłam się sama do siebie. Dobrze, że mam takiego kogoś jak Colan. - Sam dasz radę? - spytałam po chwili
- Tak. - uśmiechnął się i poklepał mnie po plecach. - Zresztą szef kogoś dodatkowo zatrudnił. Będzia ta osoba miała okazję się wykazać. - zaśmiał się. Poprowadził mnie do salonu po czym dał mi szklankę soku o którą go poprosiłam. - Pokój jest na samym końcu korytarza. Łazienkę masz na wprost, a kuchnia naprzeciwko Twojego pokoju. - kierował w powietrzu palcem - Czuj się jak u siebie. Ja już muszę lecieć. - poczym znikł za framugą i zatrzasnął drzwi wejściowe.
- Dzięki. - uśmiechłam się w podziękowaniu. Mieszkanie miał w stonowanych kolorach: biel, brąz i beż. Posiadał długi korytarz z którego przechodziło się oddzielnie do każdego innego pomieszczenia. Salon posiadał starozdobiony regał z masą książek, które ledwo się mieściły, plazmowy telewizor i zestaw wypoczynkowy z grubej skóry. Chodziłam po całym salonie palcami przeczesując napotkane rzeczy. Nagle usłyszałam przekręcanie zamka na co wzdrygłam. Pewnie zapomniał czegoś.
- Czego zapomniałeś. - krzyknęłam by dobrze mnie usłyszał i zaśmiałam się głośno. Udałam się w stronę korytarza. Gdy już miałam dobry widok na drzwi stanęłam w półkroku. Zobaczyłam szatynkę z przerażoną miną i brązową, papierową torbą z zakupami w lewej ręce.
- Kim do cholery jesteś?! - wydarła się na całą kamienicę łapiąc parasol, który wisiał na wieszaku obok niej. Parasolem chce się bronić?! Idiotka.
- Um.. jestem przyjaciółką Colana, a ty? - odpowiedziałam przez zęby.
- Oh, tak nazywa teraz swoje dziwki?! - zaśmiała mi się w twarz i odłożyła przedmiot na swoje miejsce. Czułam jak robię się purpurowa ze złości. - Jestem jego siostrą. - zrobiła się arogancka i z uniesioną głową wyminęła mnie, aby udać się do kuchni. Poszłam za nią, wręcz deptałam jej po piętach.
- Nie jestem jego dziwką. Tylko przyjaciółką. To po pierwsze, a po drugie to pomógł w trudnej dla mnie chwili. Dlatego tu jestem. - gdy byłyśmy już w kuchni odwróciła się do mnie. Wymachiwałam jej palcem przed twarzą. - Że ty masz braki w przyjaciołach za to, że jesteś taką szmatą to już nie mój biznes, ale nie dam sobą pomiatać, prostaczko.
Odłożyła na blat torbę.
- Naiwniaczka. Wczoraj rano od niego wychodziła taka jak ty. "Przyjaciółka" - zrobiła w powietrzu cudzysłów robiąc przy tym głupią minę.
- Pracuję z nim. - wysyczałam przez zęby. Nagle zmieniła swój wyraz twarzy na zdziwioną.
- B... - próbowała sobie przypomnieć.
- Gail. - złożyłam ręce przy piersiach.
- No tak, Gail. - zrobiło jej się głupio - Trochę głupi początek. Za bardzo wybuchłam. Przepraszam. - złagodniała i wyciągła w moją stronę dłoń unosząc przy tym jedną brew jak to w zwyczaju robi Colan. Teraz zauważyłam wiele wspólnych cech. Krzaczaste brwi, brązowe włosy, błękitne oczy i ta sama mimika twarzy. Damska wersja Colana.
- No to od początku. - wypuściłam z siebie ciężkie powietrze - Gail, przyjaciółka Colana.. z pracy. - potrząsłam lekko jej dłonią. Uśmiechnęłam się do niej łagodnie co odwzajemniła.
- Anna Tarner.
- Nie Clinton? - zapytałam z ciekawości.
- Nie. - zachichotała pokazując pierścionek na dłoni.
- Gail! - krzyknął dobrze mi znany głos.
- Colan! - automatycznie stanęłam na nogi, a na mojej twarzy wreszcie zagościł uśmiech. Mój wybawiciel.
- Chodź do auta! - krzyczeliśmy do siebie jak para idiotów. Gdybyśmy mówili do siebie normalnym tonem to i tak byśmy się zrozumieli. No ale cóż, to Colan. Nigdy nie umie się cicho zachować. Ruszyłam w stronę mostku. Gdy byłam już tylko kilkanaście metrów od szatyna zaczęłam biec i wpadłam wprost w jego ramiona. Ściskał mnie bardzo mocno, aż za mocno.
- Jesteś cała?! - nie puszczał.
- Tak, ale jeśli mnie nie puścisz to to się zmieni. - uśmiech nie schodził mi z twarzy.
- Oh, przepraszam. Wiesz jak się bałem tego w jakim stanie Cię zastanę?! - uwolnił mnie spod swoich ramion i spojrzał na mnie troskliwym wzrokiem. Odpowiedziałam uśmiechem.
- Jest okej. Jak widzisz.
- Nie powiedziałbym. Masz spuchniętą twarz. - pogłaskał mnie po poliku.
- Zimno mi. - zmieniłam temat. Wiem, że co do Harrego miał racje. To nie był facet dla mnie. Nie lubię przyznawać racji i gadać o swoich emocjach. Trochę mi wstyd przez to ile razy w ostatnim dniu płakałam.
- Chodź do środka. - otworzył mi drzwi od strony pasażera. Wsiadłam. Obserwowałam chłopaka jak idzie na około na swoje miejsce.
- Chcesz porozmawiać? - spojrzał na mnie zapinając swoje pasy, gdy ja unikałam jego kontaktu wzrokowego.
- Nie. - powiedziałam stanowczo i trochę za ostro - Jedźmy już. Jestem zmęczona. - oparłam głowę o szybę obserwując rzekę przed nami.
- Okej. - posmutniał i przekręcił kluczyk w stacyjce. - Tylko zapnij pasy. - posłuchałam go. Gdy zaczął wycofywać włączyłam radio. Leciały w nim jakieś smęty co mnie zirytowało, bo po takich przeżyciach jak ostatni wieczór?! Wyłączyłam. Nie chciało mi się główkować jak zmienia się na następną stacje, a zapytać o to przyjaciela nie wchodziło w rachubę. Nawiązałaby się rozmowa, a teraz wolę w ciszy dotrzeć do ciepłego miejsca. Chcę się wyciszyć i iść jak najszybciej spać. Droga mijała nam trochę za długo, ponieważ jechaliśmy już 40 minut, a nie zapowiadało się na to byśmy dojeżdżali.
- Daleko jeszcze? - przełamałam się.
- Jeszcze 5 minut. - patrzył uważnie na jezdnię.
- Daleko mieszkasz. - swietrdziłam sama do siebie.
- Nic bliżej nie było. - odpowiedział po chwili czego od niego nieoczekiwałam. Podjechaliśmy pod ogromną kamienicę z ciemnoczerwonej cegły. Budowla wyglądała na starą konstrukcję. Nie była obskurna, wręcz przeciwnie. Wyglądała na ekskluzywną i drogą. Jestem ciekawa skąd tyle kasy ma, bo raczej z naszej pensji nie można sobie pozwolić na coś tak pięknego. Zaparkował tuż przy białych schodach, które prowadziły najprawdopodobniej do klatki schodowej.
- Pewnie majątek tu kosztuje sam wynajem. - stwierdziłam odpinając pas i wpatrując się w piękne zdobienia.
- Rodzice mi kupili mieszkanie bym nie mieszkał nadal z nimi. - wyszedł i zatrzasnął drzwi. Zrobiłam to samo.
- Nie chcą z tobą mieszkać? - spytałam z ciekawości mrużąc oczy. Czekałam na niego, aż obejdzie samochód i dołączy do mnie.
- Nie. To raczej ja z nimi nie chcę. Facet, który ma 21 lat nadal mieszka z rodzicami?! Trochę śmiesznie to brzmi. Nie sądzisz Gail? - uniósł jedną brew. Zaczął prowadzić do najbliższej klatki. Szłam krok za nim.
- Trochę. Mieszkają oni, twoi rodzice, w Londynie? - mówiłam do jego pleców. Przystaneliśmy przy drzwiach by mógł je otworzyć kluczem. Przepuścił mnie jako pierwszą i nakierował na pierwsze piętro i pierwsze drzwi na lewo.
- Nie. Mieszkają w Plymouth. Stamtąd pochodzę. - wpatrywałam się w stopnie pod moimi nogami i wsłuchiwałam się w jego akcent.
- Mało o tobie wiem. - zrobiło mi się smutno, że nic prawie nie wiem o moim przyjacielu. Przystanęłam pod ciemnobrązowymi drzwiami.
- Dlatego to nadrobimy jak wypoczniesz. - wyjął pęk kluczy i szukał jakiegoś po czym zaczął otwierać jednym z nich drzwi. Przepuścił mnie pierwszą. Zdjęłam przy wejściu buty i czekałam za przyjacielem.
- Nie wypocznę. - jękłam. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie pytająco. - Praca?! - odpowiedziałam.
- Napiszesz do szefa, że źle się czujesz i weźmiesz wolne do końca tygodnia. Należy Ci się.
- Co ja będę robić do końca tygodnia jak nie mam się gdzie zatrzymać?! - zmarszczyłam brwi
- U mnie zostaniesz dopóki czegoś nie znajdziesz i nie unormujesz swoich spraw.
- Um, okej. Dzięki. - uśmiechnęłam się sama do siebie. Dobrze, że mam takiego kogoś jak Colan. - Sam dasz radę? - spytałam po chwili
- Tak. - uśmiechnął się i poklepał mnie po plecach. - Zresztą szef kogoś dodatkowo zatrudnił. Będzia ta osoba miała okazję się wykazać. - zaśmiał się. Poprowadził mnie do salonu po czym dał mi szklankę soku o którą go poprosiłam. - Pokój jest na samym końcu korytarza. Łazienkę masz na wprost, a kuchnia naprzeciwko Twojego pokoju. - kierował w powietrzu palcem - Czuj się jak u siebie. Ja już muszę lecieć. - poczym znikł za framugą i zatrzasnął drzwi wejściowe.
- Dzięki. - uśmiechłam się w podziękowaniu. Mieszkanie miał w stonowanych kolorach: biel, brąz i beż. Posiadał długi korytarz z którego przechodziło się oddzielnie do każdego innego pomieszczenia. Salon posiadał starozdobiony regał z masą książek, które ledwo się mieściły, plazmowy telewizor i zestaw wypoczynkowy z grubej skóry. Chodziłam po całym salonie palcami przeczesując napotkane rzeczy. Nagle usłyszałam przekręcanie zamka na co wzdrygłam. Pewnie zapomniał czegoś.
- Czego zapomniałeś. - krzyknęłam by dobrze mnie usłyszał i zaśmiałam się głośno. Udałam się w stronę korytarza. Gdy już miałam dobry widok na drzwi stanęłam w półkroku. Zobaczyłam szatynkę z przerażoną miną i brązową, papierową torbą z zakupami w lewej ręce.
- Kim do cholery jesteś?! - wydarła się na całą kamienicę łapiąc parasol, który wisiał na wieszaku obok niej. Parasolem chce się bronić?! Idiotka.
- Um.. jestem przyjaciółką Colana, a ty? - odpowiedziałam przez zęby.
- Oh, tak nazywa teraz swoje dziwki?! - zaśmiała mi się w twarz i odłożyła przedmiot na swoje miejsce. Czułam jak robię się purpurowa ze złości. - Jestem jego siostrą. - zrobiła się arogancka i z uniesioną głową wyminęła mnie, aby udać się do kuchni. Poszłam za nią, wręcz deptałam jej po piętach.
- Nie jestem jego dziwką. Tylko przyjaciółką. To po pierwsze, a po drugie to pomógł w trudnej dla mnie chwili. Dlatego tu jestem. - gdy byłyśmy już w kuchni odwróciła się do mnie. Wymachiwałam jej palcem przed twarzą. - Że ty masz braki w przyjaciołach za to, że jesteś taką szmatą to już nie mój biznes, ale nie dam sobą pomiatać, prostaczko.
Odłożyła na blat torbę.
- Naiwniaczka. Wczoraj rano od niego wychodziła taka jak ty. "Przyjaciółka" - zrobiła w powietrzu cudzysłów robiąc przy tym głupią minę.
- Pracuję z nim. - wysyczałam przez zęby. Nagle zmieniła swój wyraz twarzy na zdziwioną.
- B... - próbowała sobie przypomnieć.
- Gail. - złożyłam ręce przy piersiach.
- No tak, Gail. - zrobiło jej się głupio - Trochę głupi początek. Za bardzo wybuchłam. Przepraszam. - złagodniała i wyciągła w moją stronę dłoń unosząc przy tym jedną brew jak to w zwyczaju robi Colan. Teraz zauważyłam wiele wspólnych cech. Krzaczaste brwi, brązowe włosy, błękitne oczy i ta sama mimika twarzy. Damska wersja Colana.
- No to od początku. - wypuściłam z siebie ciężkie powietrze - Gail, przyjaciółka Colana.. z pracy. - potrząsłam lekko jej dłonią. Uśmiechnęłam się do niej łagodnie co odwzajemniła.
- Anna Tarner.
- Nie Clinton? - zapytałam z ciekawości.
- Nie. - zachichotała pokazując pierścionek na dłoni.
sobota, 3 października 2015
ROZDZIAŁ 2
Kolejny dzień, kolejna męczarnia. Siniaki z weekendu znikły lub zatuszowałam toną make-up'u. Odkąd przyszłam do pracy czas tak wolno leci, że z nudów zaczęłam liczyć kafelki na ścianach. Wzrokiem wodziłam z żółtej na czerwoną płytkę. "I tak w koło Macieja". Dwóch starców jak co poniedziałek popijało kawę rozpuszczalną. Wciąż ci sami. Wciąż ci nudni. Colan od ostatniej sprzeczki nie odezwał się do mnie ani słowem. Nie rozumiem go, bo w sumie to ja powinam być obrażona przez to, że włazi buciorami w moje życie, ale już mniejsza z tym. Przejdzie mu. Chyba. Reszta dnia jak zwykle nudna. Gdy skończyłam pracę o 15 czekałam w deszczu pod restauracją jak idiotka, ponieważ Harry, albo chciał poigrać ze mną troszkę, albo coś mu wypadło. Do środka nie chciałam wracać wręcz chciałam stamtąd jak najszybciej uciec. Mokłam, ponieważ żadnego daszka w pobliżu nie było, a Harry w każdej chwili mógł podjechać. Dzwoniłam chyba już z 8 razy do niego, ale to na marne. Postanowiłam pójść na pieszo. Nie marzyło mi się to jakoś, ale do jebanej śmierci nie będę tu stała. Droga zajęła mi ponad pół godziny. Gdy weszłam do domku słyszałam szelest pustych puszek i obijające się szklane butelki. W salonie zastałam naćpanego i pijanego Harrego z jego koleżką Alexem, który nawiasem mówiąc równie dobrze jak i Styles był wstawiony.
- O moja prywatna dziwka wróciła. - wybełkotał do Alexa wskazując w moją stronę palec. Stałam tam i patrzyłam się na nich jak idiotka - Za 2 kilogramy koki oddam ci ją dzisiaj w całości. - osłupiałam na te słowa, bo dobrze wiedziałam, że po pijaku Harold słowa na wiatr raczej nie rzucał. Ojjj nie. Nie raz się już o tym przekonałam.
- Zgadzam się, ale... - patrzył na mnie uważnie - pod warunkiem, że oboje ją będziemy mieli.
- Sprecyzuj się. - zmarszczył brwi. Alex nachylił się do niego i wyszeptał mu coś na ucho z czego Styles był ewidentnie zadowolony i się zgodził. Łzy już mi spływały po policzkach. Na jakiekolwiek przeciwstawienie się słowne ze swojej strony nie liczyłam, ponieważ wiem, że według pijanego Harolda ja "nic tu do gadania nie mam".
- Więc zaczynamy. - Campbell potrał charakterystycznie dłońmi o siebie. Po czym ruszył na mnie. Przycisnął mnie do ściany swoim ciężarem. Jego sprzęt napierał na mój brzuch. Spojrzałam na Harrego. Miałam nadzieje, że ten mój Harry jest gdzieś tam teraz w środku. Wpatrywałam mu się głęboko w gałki, wręcz przewiercałam go nawylot. Patrzył na mnie obojętnie. Nadzieja pomocy z jego strony znikła kiedy wyciągnął komórkę i zaczął nas kręcić. Nieźle. Kolejna niezapomniana noc w moim zasranym życiu. Łzy z większą siłą spływały w dół. Zaczęłam płakać, wręcz wyć. Od dawna tego nie robiłam. Od dawna nie miałam takiej potrzeby by z własnej woli płakać. Oczy mnie piekły. Przez słoną ciecz w moich ślipiach widziałam ich jak przez mgłe. Może to i dobrze, że chociaż w takich momentach nie będę widzieć ich paskudnych mord. Było ich dwóch, ja byłam jedna. Życie jest niesprawiedliwe. Zaczął mnie rozbierać, siłą. Zaczął od mokrego t-shirtu. Próbowałam walczyć, z marnym skutkiem. Coś we mnie pękło co zbierało się od kilku lat. Zaczęłam okładać go pięściami z niewyobrażalną siłą. Zachowywałam się jak furiatka. Chłopak zaczął pojękiwać. Jednak dla niego to było tylko jak ukąszenie osy. Niestety. Był w połowie odpinania moich dżinsów, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Harold zajmi się tym. Ja dokończę. - spojrzał się na mnie znacząco. Frajer. - Harold. - wrzasnął, gdy nie otrzymał odpowiedzi. Puścił mnie by spojrzeć za siebie. Styles spał. Wykorzystałam sytuacje i zebrałam w szybkim czasie swoje rzeczy i wybiegłam z domu w staniku zakrywając się resztą moich ubrań. We framudze drzwi minęłam jakiegoś chłopaka. Wybiegłam na ulicę i biegłam wzdłuż niej przed siebie. Po niecałych 2 minutach piekły mnie nieziemsko łydki. Zatrzymałam się za pierwszym lepszym drzewem przy jezdni. Oparłam się o niego tyłkiem, a dłonie położyłam na kolanach z głową w dole. Próbowałam zrównać oddech. Wyraźnie czułam narastającą adrenalinę w moim ciele i pulsującą głowę. Ubrałam swój t-shirt i ramoneskę. Uchyliłam głowę zza drzewa by zbadać sytuację. Ulica pusta. Jedynie jakiś bezpański czarny kot wędrował z jednej strony na drugą. Teraz, z wielkiej burzy, która była ponad pół godziny temu zostały ogromne, ciemne kałuże i smutny szary widok zwykłych, klasycznych, brytyjskich domków. Wróciłam na poprzednią pozycję. Patrzyłam na moje oficerki i próbowałam zrozumieć postępowanie Harrego. Nigdy go niezdradziłam. "Oddałam" mu swoje życie, bo kto normalny tylko pracuje i siedzi w domu. Ewentualnie wychodzi na jakieś święta do restauracji. Kto normalny ufa bezgranicznie osobie, którą zna ponad miesiąc. Ja, a normalna napewno nie jestem. Nigdy za taką się nie uważałam i ludzie z mojego otoczenia również. Poświęcam się dla niego, a w zamian co dostaje?! Poniżenie, siniaki?! Zaśmiałam się ironicznie sama do siebie i ruszyłam przed siebie. Kilkanaście metrów dalej skręciłam w lewo, prosto do parku. Usiadłam na najdalszej, pomiędzy karzakami, ławce, bym mogła widzieć czy idą po mnie. Widok błota na ścieszce imponował mi. Mimo, że był taki prosty, zwyczajny to jednak coś wyjątkowego w nim było. Szlaczki zrobione przez opony rowera, niewyraźne odciski butów i łapy psa. Śledziłam wzrokiem ślady dopóki się nie urwały. Dopisywałam do nich historię. Wyobrażałam sobie "sprawcę" śladów. Siedziałam i wpatrywałam się w "mozaikę błotną". Chciałam uciec od myśli co wydarzyło się chwilę temu. Jednak z marnym skutkiem. Analizowałam co źle zrobiłam w swoim życiu, że spotkał mnie taki, a nie inny los. Co źle zrobiłam, że ten świat tak mnie nienawidzi. Czy komukolwiek zrobiłam krzywdę, że zaczęła mnie prześladować klątwa. Chciałam, aby był następny dzień. Nowa karta. Czysta. Położyłam się na ławce i skuliłam w kłębek. Zasnęłam.
...
Obudziła mnie czyjaś dłoń. To nie był napewno nowy dzień. To była dalej ta przeklęta noc. Zmrużyłam oczy. Przyszli po mnie. Wyprostowałam się i zaczęłam rozpaczliwie drzeć się "POMOCY". Uniósł ręce w obronnym geście.
- Ej, ej. Uspokój się. - to nie był Alex, ani Harold. Zamilkłam. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek. Co on chce?
- Nie mam kasy, nie mam nic.
- Nie chcę żadnej kasy - zmarszczył brwi.
- To co chcesz?! Gwałciciel nie budziłby swojej ofiary.. - zakpiłam. O proszę, teraz zebrało mi się na żarty po tym wszystkim.
- Szedłem sobie i zobaczyłem Ciebie. Podszedłem, aby Cię obudzić, bo nie wyglądasz na menela by spać na ławce w parku. Ktoś mógłby Ci zrobić krzywdę. - usiadł obok mnie na ławce. Podkuliłam nogi, aby się trochę ogrzać.
- Oh, dzięki. Nie musiałeś. - przewróciłam oczami. Miałam chrypę i w dodatku gadałam przez nos. Super.
- Chcę Ci pomóc, a ty chamska dla mnie jesteś. - poskarżył się jak 6-latek mamie. - Chciałem dobrze. Cześć. - zaczął wstawać kiedy zatrzymałam go ręką.
- Nie idź. - głos mi się złamał czego nie planowałam. - Zostań. - spojrzałam na niego i wtedy dostrzegłam jego piękne oczy, które błyszczały się przez pobliską latarnie. Nie umiałam rozpoznać koloru przez słabe światło. Posłuchał.
Siedzieliśmy w ciszy.
- Dziwnie. - stwierdziłam.
- Taa.. - przeciągnął
- Która jest godzina?
- 2 nad ranem. - odpowiedział automatycznie.
- Zegarek w głowie?! - zachichotałam. Oj, ostatnie wydarzenia źle wpłynęły na moje emocje.
- Tak jakby - odpowiedział beznamiętnie
- Co o tej porze robisz tutaj ? - spytałam podtrzymując romowę. Potrzebowałam tego teraz.
- Równie dobrze mógłbym o to Ciebie zapytać. - odpowiedział kpiąco
- Zapomnij. - zapadła cisza - Słaby początek naszej znajomości. - wstałam ze swojego miejsca i stanęłam przed nim. Wyciągnęłam dłoń przed jego twarz. Teraz zebrało mi się na zawieranie znajomości.
- Gail jestem.
- Ta. Ja Eric. - zignorował mój gest. Nawet nie spojrzał na mnie tylko wzrokiem błądził gdzieś za mną.
- I kto tu jest chamski. - usiadłam spowrotem z grymasem. Zignorował mnie. - Skoro masz tak się zachowywać to ja podziękuję za twoje towarzystwo.
- Oh, dzięki. - wstał i odszedł w stronę ulicy z której tutaj wcześniej przyszłam. Okej.. Zatkało mnie. Skomplikowany człowiek. Położyłam się spowrotem. Niestety nie mogłam zasnąć. Zaczęłam liczyć drzewa. Znudziło mi się po siedmiu. Poszłam w przeciwną stronę niż nowo zapoznany chłopak. Przez błoto pod moimi butami wydawał się dziwny dźwięk jakby mlaskania. Pomimo, że nienawidzę, gdy ktoś w mojej obecności głośno przeżuwa swój posiłek to teraz ten dźwięk był dla mnie najpiękniejszym dźwiękiem w moim życiu. Może przez to, że to dźwięk natury?! Może przez to, że poczułam wolność?! Szłam tak wgapiając się w moje nogi dopóki nie dotarłam nad rzekę. Usiadłam na brzegu lekko mocząc czubki moich butów. Nieprzeszkadzała mi mokra trawa pod tyłkiem. Jest noc, kto mnie może zobaczyć? Niedaleko ode mnie jest mostek. Obserwowałam go i widok za nim. Po drugiej stronie rzeki była ścieżka, a tuż przy niej jezdnia z kilkoma starymi latarniami. Pomimo, że nie od dzisiaj tu mieszkam to nigdy tak naprawdę niezwiedziłam Londynu. Znam tylko drogę z domu do baru i do najbliższego spożywczaka. Harry zawsze, gdy mnie gdzieś zabierał wiózł nas tam swoim autem. Jednak nigdy nie przykuwałam większej uwagi do okolicy, więc nie wiem czy to co teraz widzę widziałam już kiedyś tylko z drugiej strony rzeki. Siedziałam tak i obserwowałam wszystko dookoła. Czułam się dziewicą w tym otoczeniu. Wszystko nowe, inne. Oglądałam niebo od czasu do czasu by widzieć jak się rozjaśnia i nastaje nowy dzień. O, kurwa. Jak ja pójdę do pracy skoro jestem przemoczona i brudna. W dodatku opuchnięta na całej twarzy. Przypomniałam sobie o telefonie w kieszeni mojej ramoneski. Sięgłam po niego. Gdy spojrzałam na ekran i przycisnęłam przycisk odblokowywania, ani drgnął. Cudownie. Przycisnęłam dłużej przycisk by go włączyć. Uff, działa. Gdy cały start minął ukazała się tapeta, gdzie byłam ja i Harry. Szczęśliwi, młodzi, bez problemów. Bynajmniej tak zdjęcie przedstawiało. Łzy napłynęły mi do oczu. Jednak nie pozwoliłam im swobodnie spłynąć jak to się działo ostatnio. Spojrzałam na zegarek. 5:34. I po co mi telefon skoro nie mam do kogo się odezwać by prosić o jakąkolwiek pomoc. Colan. Nie wiem czy mi pomoże. Pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. Bez domu, pieniędzy. Przyjaźnimy się, ale tylko w pracy, ponieważ Harry nie lubi, gdy się szlajam bez niego. A Clinton nieprzepada za towarzystem Harolda ani jego koleszkami. Bar był jedynym miejscem gdzie mogliśmy się zobaczyć. Weszłam w kontakty i zjechałam do kontaktu pod podpiskiem "tata". Styles sprawdzał regularnie mój telefon. Nie mogłam sobie pozwolić o kolejną scenę zazdrości z jego strony, więc najprostszym wyjściem było zapisanie go jako "tatę". Kliknęłam na zieloną słuchawkę i po pierwszym sygnale nie było już odwrotu.
- Halo, Gail. Coś się stało? - zapytał zaspany, ale również był przerażony.
- Nie, czemu miałoby by się c... w sumie to tak. - kolejny raz, gdy zbierało mi się na płacz - Bo tak jakby jestem teraz bezdomna.
- Gdzie jesteś. - wyraźnie się pobudził
- W parku niedaleko mojej ulicy gdzie mieszkam. Przy rzece.
- Już jadę. Nie ruszaj się stamtąd. - słychać było, że z czymś się siłuje. Założę się, że ze spodniami.
- Okej. - odpowiedziałam ocierając lewą ręką łzy, które zdążyły mi spłynąć w pobliżu ust. Rozłączyłam się.
- Więc zaczynamy. - Campbell potrał charakterystycznie dłońmi o siebie. Po czym ruszył na mnie. Przycisnął mnie do ściany swoim ciężarem. Jego sprzęt napierał na mój brzuch. Spojrzałam na Harrego. Miałam nadzieje, że ten mój Harry jest gdzieś tam teraz w środku. Wpatrywałam mu się głęboko w gałki, wręcz przewiercałam go nawylot. Patrzył na mnie obojętnie. Nadzieja pomocy z jego strony znikła kiedy wyciągnął komórkę i zaczął nas kręcić. Nieźle. Kolejna niezapomniana noc w moim zasranym życiu. Łzy z większą siłą spływały w dół. Zaczęłam płakać, wręcz wyć. Od dawna tego nie robiłam. Od dawna nie miałam takiej potrzeby by z własnej woli płakać. Oczy mnie piekły. Przez słoną ciecz w moich ślipiach widziałam ich jak przez mgłe. Może to i dobrze, że chociaż w takich momentach nie będę widzieć ich paskudnych mord. Było ich dwóch, ja byłam jedna. Życie jest niesprawiedliwe. Zaczął mnie rozbierać, siłą. Zaczął od mokrego t-shirtu. Próbowałam walczyć, z marnym skutkiem. Coś we mnie pękło co zbierało się od kilku lat. Zaczęłam okładać go pięściami z niewyobrażalną siłą. Zachowywałam się jak furiatka. Chłopak zaczął pojękiwać. Jednak dla niego to było tylko jak ukąszenie osy. Niestety. Był w połowie odpinania moich dżinsów, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Harold zajmi się tym. Ja dokończę. - spojrzał się na mnie znacząco. Frajer. - Harold. - wrzasnął, gdy nie otrzymał odpowiedzi. Puścił mnie by spojrzeć za siebie. Styles spał. Wykorzystałam sytuacje i zebrałam w szybkim czasie swoje rzeczy i wybiegłam z domu w staniku zakrywając się resztą moich ubrań. We framudze drzwi minęłam jakiegoś chłopaka. Wybiegłam na ulicę i biegłam wzdłuż niej przed siebie. Po niecałych 2 minutach piekły mnie nieziemsko łydki. Zatrzymałam się za pierwszym lepszym drzewem przy jezdni. Oparłam się o niego tyłkiem, a dłonie położyłam na kolanach z głową w dole. Próbowałam zrównać oddech. Wyraźnie czułam narastającą adrenalinę w moim ciele i pulsującą głowę. Ubrałam swój t-shirt i ramoneskę. Uchyliłam głowę zza drzewa by zbadać sytuację. Ulica pusta. Jedynie jakiś bezpański czarny kot wędrował z jednej strony na drugą. Teraz, z wielkiej burzy, która była ponad pół godziny temu zostały ogromne, ciemne kałuże i smutny szary widok zwykłych, klasycznych, brytyjskich domków. Wróciłam na poprzednią pozycję. Patrzyłam na moje oficerki i próbowałam zrozumieć postępowanie Harrego. Nigdy go niezdradziłam. "Oddałam" mu swoje życie, bo kto normalny tylko pracuje i siedzi w domu. Ewentualnie wychodzi na jakieś święta do restauracji. Kto normalny ufa bezgranicznie osobie, którą zna ponad miesiąc. Ja, a normalna napewno nie jestem. Nigdy za taką się nie uważałam i ludzie z mojego otoczenia również. Poświęcam się dla niego, a w zamian co dostaje?! Poniżenie, siniaki?! Zaśmiałam się ironicznie sama do siebie i ruszyłam przed siebie. Kilkanaście metrów dalej skręciłam w lewo, prosto do parku. Usiadłam na najdalszej, pomiędzy karzakami, ławce, bym mogła widzieć czy idą po mnie. Widok błota na ścieszce imponował mi. Mimo, że był taki prosty, zwyczajny to jednak coś wyjątkowego w nim było. Szlaczki zrobione przez opony rowera, niewyraźne odciski butów i łapy psa. Śledziłam wzrokiem ślady dopóki się nie urwały. Dopisywałam do nich historię. Wyobrażałam sobie "sprawcę" śladów. Siedziałam i wpatrywałam się w "mozaikę błotną". Chciałam uciec od myśli co wydarzyło się chwilę temu. Jednak z marnym skutkiem. Analizowałam co źle zrobiłam w swoim życiu, że spotkał mnie taki, a nie inny los. Co źle zrobiłam, że ten świat tak mnie nienawidzi. Czy komukolwiek zrobiłam krzywdę, że zaczęła mnie prześladować klątwa. Chciałam, aby był następny dzień. Nowa karta. Czysta. Położyłam się na ławce i skuliłam w kłębek. Zasnęłam.
...
Obudziła mnie czyjaś dłoń. To nie był napewno nowy dzień. To była dalej ta przeklęta noc. Zmrużyłam oczy. Przyszli po mnie. Wyprostowałam się i zaczęłam rozpaczliwie drzeć się "POMOCY". Uniósł ręce w obronnym geście.
- Ej, ej. Uspokój się. - to nie był Alex, ani Harold. Zamilkłam. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek. Co on chce?
- Nie mam kasy, nie mam nic.
- Nie chcę żadnej kasy - zmarszczył brwi.
- To co chcesz?! Gwałciciel nie budziłby swojej ofiary.. - zakpiłam. O proszę, teraz zebrało mi się na żarty po tym wszystkim.
- Szedłem sobie i zobaczyłem Ciebie. Podszedłem, aby Cię obudzić, bo nie wyglądasz na menela by spać na ławce w parku. Ktoś mógłby Ci zrobić krzywdę. - usiadł obok mnie na ławce. Podkuliłam nogi, aby się trochę ogrzać.
- Oh, dzięki. Nie musiałeś. - przewróciłam oczami. Miałam chrypę i w dodatku gadałam przez nos. Super.
- Chcę Ci pomóc, a ty chamska dla mnie jesteś. - poskarżył się jak 6-latek mamie. - Chciałem dobrze. Cześć. - zaczął wstawać kiedy zatrzymałam go ręką.
- Nie idź. - głos mi się złamał czego nie planowałam. - Zostań. - spojrzałam na niego i wtedy dostrzegłam jego piękne oczy, które błyszczały się przez pobliską latarnie. Nie umiałam rozpoznać koloru przez słabe światło. Posłuchał.
Siedzieliśmy w ciszy.
- Dziwnie. - stwierdziłam.
- Taa.. - przeciągnął
- Która jest godzina?
- 2 nad ranem. - odpowiedział automatycznie.
- Zegarek w głowie?! - zachichotałam. Oj, ostatnie wydarzenia źle wpłynęły na moje emocje.
- Tak jakby - odpowiedział beznamiętnie
- Co o tej porze robisz tutaj ? - spytałam podtrzymując romowę. Potrzebowałam tego teraz.
- Równie dobrze mógłbym o to Ciebie zapytać. - odpowiedział kpiąco
- Zapomnij. - zapadła cisza - Słaby początek naszej znajomości. - wstałam ze swojego miejsca i stanęłam przed nim. Wyciągnęłam dłoń przed jego twarz. Teraz zebrało mi się na zawieranie znajomości.
- Gail jestem.
- Ta. Ja Eric. - zignorował mój gest. Nawet nie spojrzał na mnie tylko wzrokiem błądził gdzieś za mną.
- I kto tu jest chamski. - usiadłam spowrotem z grymasem. Zignorował mnie. - Skoro masz tak się zachowywać to ja podziękuję za twoje towarzystwo.
- Oh, dzięki. - wstał i odszedł w stronę ulicy z której tutaj wcześniej przyszłam. Okej.. Zatkało mnie. Skomplikowany człowiek. Położyłam się spowrotem. Niestety nie mogłam zasnąć. Zaczęłam liczyć drzewa. Znudziło mi się po siedmiu. Poszłam w przeciwną stronę niż nowo zapoznany chłopak. Przez błoto pod moimi butami wydawał się dziwny dźwięk jakby mlaskania. Pomimo, że nienawidzę, gdy ktoś w mojej obecności głośno przeżuwa swój posiłek to teraz ten dźwięk był dla mnie najpiękniejszym dźwiękiem w moim życiu. Może przez to, że to dźwięk natury?! Może przez to, że poczułam wolność?! Szłam tak wgapiając się w moje nogi dopóki nie dotarłam nad rzekę. Usiadłam na brzegu lekko mocząc czubki moich butów. Nieprzeszkadzała mi mokra trawa pod tyłkiem. Jest noc, kto mnie może zobaczyć? Niedaleko ode mnie jest mostek. Obserwowałam go i widok za nim. Po drugiej stronie rzeki była ścieżka, a tuż przy niej jezdnia z kilkoma starymi latarniami. Pomimo, że nie od dzisiaj tu mieszkam to nigdy tak naprawdę niezwiedziłam Londynu. Znam tylko drogę z domu do baru i do najbliższego spożywczaka. Harry zawsze, gdy mnie gdzieś zabierał wiózł nas tam swoim autem. Jednak nigdy nie przykuwałam większej uwagi do okolicy, więc nie wiem czy to co teraz widzę widziałam już kiedyś tylko z drugiej strony rzeki. Siedziałam tak i obserwowałam wszystko dookoła. Czułam się dziewicą w tym otoczeniu. Wszystko nowe, inne. Oglądałam niebo od czasu do czasu by widzieć jak się rozjaśnia i nastaje nowy dzień. O, kurwa. Jak ja pójdę do pracy skoro jestem przemoczona i brudna. W dodatku opuchnięta na całej twarzy. Przypomniałam sobie o telefonie w kieszeni mojej ramoneski. Sięgłam po niego. Gdy spojrzałam na ekran i przycisnęłam przycisk odblokowywania, ani drgnął. Cudownie. Przycisnęłam dłużej przycisk by go włączyć. Uff, działa. Gdy cały start minął ukazała się tapeta, gdzie byłam ja i Harry. Szczęśliwi, młodzi, bez problemów. Bynajmniej tak zdjęcie przedstawiało. Łzy napłynęły mi do oczu. Jednak nie pozwoliłam im swobodnie spłynąć jak to się działo ostatnio. Spojrzałam na zegarek. 5:34. I po co mi telefon skoro nie mam do kogo się odezwać by prosić o jakąkolwiek pomoc. Colan. Nie wiem czy mi pomoże. Pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. Bez domu, pieniędzy. Przyjaźnimy się, ale tylko w pracy, ponieważ Harry nie lubi, gdy się szlajam bez niego. A Clinton nieprzepada za towarzystem Harolda ani jego koleszkami. Bar był jedynym miejscem gdzie mogliśmy się zobaczyć. Weszłam w kontakty i zjechałam do kontaktu pod podpiskiem "tata". Styles sprawdzał regularnie mój telefon. Nie mogłam sobie pozwolić o kolejną scenę zazdrości z jego strony, więc najprostszym wyjściem było zapisanie go jako "tatę". Kliknęłam na zieloną słuchawkę i po pierwszym sygnale nie było już odwrotu.
- Halo, Gail. Coś się stało? - zapytał zaspany, ale również był przerażony.
- Nie, czemu miałoby by się c... w sumie to tak. - kolejny raz, gdy zbierało mi się na płacz - Bo tak jakby jestem teraz bezdomna.
- Gdzie jesteś. - wyraźnie się pobudził
- W parku niedaleko mojej ulicy gdzie mieszkam. Przy rzece.
- Już jadę. Nie ruszaj się stamtąd. - słychać było, że z czymś się siłuje. Założę się, że ze spodniami.
- Okej. - odpowiedziałam ocierając lewą ręką łzy, które zdążyły mi spłynąć w pobliżu ust. Rozłączyłam się.
poniedziałek, 14 września 2015
ROZDZIAŁ 1
Teraz
- Słucham. Co państwo chcą zamówić ? - UGH. Byli młodsi ode mnie o co najmniej rok, a ja do nich na pan/pani. Niestety "kultura tego wymaga"... cudowny szefunio. Jednak jadaczką nie mogę za bardzo kłapać, ponieważ pracę ledwo udało mi się zdobyć, a jakoś ze znalezieniem jakiejkolwiek innej nie szło mi najlepiej. Ważne że w ogóle coś mam. Restauracja na obrzeżach Londynu w godzinach przystępnych dla mnie była całkiem do zniesienia.
- Poproszę 2 cole i dwa razy cheeseburger. - wyrwał mnie z rozmyśleń o innej pracy jeden z nastolatów z głupkowatym uśmiechem.
- Dziękuję - rzuciłam szybki, najszczerszy uśmiech i udałam się za ladę. - Dwa cheeseburgery, jeden zestaw dnia i nugetsy z ketchupem. - krzyczłam jak głupia przez okienko do moich współpracowników z pracy. Gdy dali znak, że zrozumieli. Zajęłam się nalewaniem napojów.
- Gail, co robisz po pracy ? - wzdrygłam się przez nagły krzyk Colana, który był na drugim końcu baru. Poczułam na sobie kilka spojrzeń, co powiem nie bardzo było komfortowe jak dla mnie. Colan jest dla mnie jak brat. Możemy o wszystkim pogadać bez zbędnych niekomfortowych sytuacji.
- Przyjeżdża po mnie Harry. - puściłam mu szybkie spojrzenie po czym wróciłam do swoich czynności.
- Ah, daj spokój. Idę dzisiaj ze znajomymi do klubu. - podszedł do mnie bliżej by nie zwracać uwagi klientów. Oh, fajnie że dopiero teraz...
- Proszę Cię jakbyś Harolda nie znał. - zaśmiałam się sama do siebie.
- Nadal nie rozumiem Twojego myślenia. - oparł się łokciami o blat i spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem.
- To znaczy? - zmrużyłam oczy
- Znacie się miesiąc. Jesteście wspólokatorami i jesteście parą. Jak dla mnie to za szybko. Zwłasza z takim typem faceta jak Harry. - nie do końca zrozumiałam ostatniego zdania od przyjaciela. Za bardzo interesuje się życiem innych co mnie irytuje.
- Kontynuuj
- Co?
- Z takim typem... Czyli? - odstawiłam ostatnią cole na tacke.
- Kontrolujący, agresywny, wkurwiający się o byle co. To naprawdę nie zdrowe.. - przerwał - zwłaszcza dla Ciebie i dobrze wiesz o co mi chodzi. Nie udawaj głupiej, bo faktycznie Ciebie za nią wezmę. - słychać było w jego głosie coś jakby złamanie i gniew?! Co do jego emocji to trudno było go rozgryźć. Nie odpowiedziałam mu. Postanowiłam to przemilczeć. - milczenie nic ci nie da. Nie uciekniesz od tego wszystkiego jebanym milczeniem. - tym razem poczerwieniał ze złości.
- A co mam płakać?! - uniosłam się bardziej niż zamierzałam - Colan, nie mam 5 lat by "biegać do mamy" o jakieś gówna.
- Jakieś gówna nazywasz poobijane żebra ?! - wtórował mi tonem
- A daj spokój. - uspokoiłam się. Zlekceważyłam sposób w jaki się do mnuie odezwał.
- Martwię się o Ciebie, czy to źle Gail? - unosił się coraz bardziej. Dobrze, że lokal jest duży, a ludzie są od nas daleko.
- Nie to nie jest złe. Złe jest to że wpieprzasz mi się w życie. - rzuciłam ścierką o blat - zamówienia dokończ sam.
Nie czekałam nawet na jebaną odpowiedź z jego strony. Wyszłam na zaplecze, aby uspokić się przy fajce. Usiadłam na schodku i z fartucha wyjęłam paczke mentholi z zapalniczką. Sam dźwięk zapalniczki już koił moje nerwy. Zaciągałam się tym ostrym dymem i usunęłam z głowy wszystkie możliwe myśli. Pusto wpatrywałam się w skrzynie przede mną i rysowałam kciukiem wzory po wierzchu zapalniczki, którą miałam w dłoni. Nawet nie zorientowałam się ile tak już siedze, gdy usłyszałam charakterystyczny skrzepot starych drzwi zaplecza odwróciłam się energicznie i zobaczyłam wysokiego chłopaka z długimi, krętymi włosami.
- Harry! - wyrzuciłam fajke gdzieś w dal i rzuciłam mu się na szyje. Jękną przez mój ciężar. Co oznaczało, że trzeba wziąć się znów za siebie.
- Zabieram Cię wcześniej z pracy - powiedział oschłym głosem.
- Myślałam że masz dzisiaj ważną sesje...
- Już skończyłem. - urwał mi
- Okej. Tylko powiem szef...
- Wie. Ubieraj się i chodź. - zleciał po mnie wzrokiem od góry do dołu z zdegustowaną miną. Ała. Wiem że fartuchy firmowe nie były najpiękniejsze i najseksowniejsze, ale trochę... milej?! Wróciłam z zaplecza ściągając z siebie fartuch i odwieszając go na zapleczu, na wieszak i łapiąc w rękę czarną ramoneskę. Harry nawet nie fatygował się by zaczekać, ale taki już jest. Uparty i niecierpliwy. Wybiegłam z lokalu przeszukując wzrokiem po parkingu za czarnym rang roverem. Za długo mi to nie zajęło, ponieważ był kilkanaście stóp ode mnie. Gdy wsiadłam do auta nawet nie obdarzył mnie wzrokiem. Okej... Jechaliśmy niespełna 15 minut do naszego domku. Jest on ciasny, postawiony z ciemnoczerwonej cegły ustawiony pośród innych takich samych, niczym wagony metra. Dla nas dwojga w miarę dawaliśmy radę. Zaparkował na naszym podjeżdzie, na którym ledwo się mieścił. Śmieszne. Mieszkamy w klitce, a ma nietanie auto.
- Co dzisiaj będziemy robić? - spytałam, a jedyne w odpowiedzi dostałam mocne trzaśnięcie drzwiami. Zsunęłam się z wysokiego fotela i udałam się wolnym krokiem za chłopakiem do drzwi. Zamknęłam za sobą drzwi frontowe i nim zdążyłam zrobić jakikolwiek krok zostałam złapana ogromną dłonią za szyję i przyparta do ściany. Obserwowałam go uważnie. Zmrużył oczy uchylając się w stronę okna tuż przy nas. Obserwował coś przez chwilę po czym zasunął żaluzje. Jedyne źródło światła dziennego w salonie. Spojrzał na mnie i od razu wiedziałam co się kroi.
- Jesteś dziwką. - wrzasnął na co się skuliłam. Jego ciepły oddech obił mi się o twarz. Był pijany. - Kurwisz się na lewo i prawo z byle kim i byle gdzie. - syczał przez zęby. Wlepiłam w niego pusty wzrok. Przyzwyczaiłam się. - Nie nadajesz się nawet do pchania jebanej karuzeli. - rzucił mną o ziemię nadal trzymając. Uwielbiał chyba moją chudą szyje. Tym razem siedział na mnie okrakiem. Emocje w tym czasie mnie opuściły. Jednak poczułam zimne łzy na moich policzkach. Czy to normalne że przyzwyczaiłam się do poniżania i jedynie co ze mnie w tym czasie "wychodziło" to mimowolne łzy nad którymi nigdy nie umiałam zapanować?
- Harry - powiedziałam próbując złapać oddech. Jednak to było ostatnie co pamiętam.
...
Przebudziłam się naga w naszym łóżku, w sypialni. Leżałam na nim w poprzek. Spojrzałam w prawą stronę na okno nad naszym łóżkiem i zobaczyłam, że jest już wieczór. Zsunęłam się z łóżka i ubrałam pierwsze co wpadło mi w ręce, biały t-shirt Harolda. Na boso podeszłam do drzwi i lekko uchyliłam drzwi jakbym bawiła się w chowanego. Idiotyczne to co wyprawiam we własnym domku. Gdy zobaczyłam światło z dołu i usłyszałam głosy jakiegoś teleturnieju już pewniej ruszyłam na dół. Na kanapie, w salonie, zastałam Harrego w samych jasnoszarych dresach przeurzucającego z kanału na kanał i przeklinającego pod nosem. Rzuciłam się tyłem na kanapę gdzie od razu wpadłam w jego ramię. Pocałował mnie w czubek głowy.
- Pięknie wyglądasz. Jak się czujesz kochanie? - pokazał szereg białych zębów. Pokazał się mój dobry Styles, którego miałam niestety bardzo rzadko.
- Dobrze. - wtuliłam się bardziej w tors bruneta.
- Nieprzytomna jesteś dużo łatwiejsza - stwierdził poruszając znacząco brwiami z zalotnym uśmiechem. Odwzajemniłam to słabym półuśmiechem. Niechciałam o tym gadać. Tym bardziej, że byłam wtedy nieprzytomna i zupełnie nic niepamiętam. Nie wiem co ze mną robił. Wziął mnie za biodra i posadził na swoim kroczu przodem do siebie. - Co to za humorek? - powiedział.. zmartwiony?!?!?!?!
- Nic nie pamiętam.
- Oh. Uwierz mi na słowo. Byłaś niesamowita. Możemy to powtórzyć jak chcesz. - zaczął wsysać mi się w szyje gdzie poczułam pieczenie. Automatycznie odsunęłam się od niego.
- Pójdę wziąć prysznic. Zmęczona jestem.
- Ehh, dobiero wstałaś - skrzywił się. Zeszłam z niego i bez słowa poczłapałam do łazienki. Przekręciłam klucz. Zrzuciłam bluzkę i odwróciłam się, aby stanąć naprzeciwko lustra nad umywalką. Łzy popłynęły mimowolnie. Na szczęście jutro niedziela i nigdzie nie muszę wychodzić i pokazywać się nikomu, prócz mojemu Williamowi Turnerowi*. Nie dziwię się jemu, że wyglądam dla niego pięknie skoro "jego dzieło" było naprawdę dzisiaj wyjątkowe. Fioletowe sińce na całej szyji, podbite oko, rozcięta warga i zadrapania na całym brzuchu oraz na wnętrzu moich ud. Trudno było odróżnić zdrową, gładką skórę od świeżych ran lub tych co powstały w poprzednich "sesjach". Przejechałam opuszkami palców po draśnięciach lekko się przy tym krzywiąc. Dziwne. Z czasem przyzwyczajamy się do ludzi, przedmiotów, do rzeczy, które stają się naszą codziennością, a ja za żadne skarby nie mogłam się przyzwyczaić do ran na moim ciele. Jednak nieraz za nie dziękowałam Bogu, ponieważ one były lepsze od bólu psychicznego. Pomimo, że widziałam siebie w lustrze prawie codziennie, od 5 lat nie spojrzałam sobie prosto w oczy. Wiem tyle, że są brązowe i duże. Odkręciłam kurek z zimną wodą i weszłam pod lodowatą wodę kojąc się w bólu fizycznym tym samym zapominając o strasznej stronie Harrego i innych jakichkolwiek myślach. Stałam tam z około 20 minut wpatrującą się w jeden punkt zerując swoje myśli. Wybudził mnie z tego "snu" Styles drący się rozpaczliwie czy żyje. Co sobotę i niedziele wypomina mi, że lepiej jakbym zdechła to czemu tak bardzo martwi się o to, że mogę umrzeć? Chory rozum. No, ale cóż kocham go. Tego dobrego Harrego. 5 dni w tygodniu. Od poniedziałku do piątku.
Następny dzień.
Ze snu wybudził mnie głośny łomot. Nie byłam w stanie ponownie zasnąć, więc zeszłam z łóżka podchodząc do szafy i wybierając coś odpowiedniego dla Harrego na jego niedzielne spotkania z koleżkami. Gdzie uwielbiał pokazywać jak urządził mnie wczorajszego dnia. Wybrałam sportowy, granatowy, top i szorty w tym samym kolorze. Wyczesałam włosy i ułożyłam w wysokiego kucyka. Gdy byłam gotowa powoli ruszyłam na dół. W salonie już wszyscy siedzieli. Usiadłam na oparciu fotela, na którym siedział mój chłopak. Obiął mnie wokół talii i lekko przysunął w swoją stronę śmiejąc się z żartu, który któryś z jego znajomych rzucił. Nigdy Harry nie przedstawiał mi swoich kolegów, ani również ja do tego się nie kwapiłam. Przyglądać im się też się nie przyglądałam, ponieważ Harry się robił zazdrosny, a co za tym idzie... agresywny. Nigdy nie miałam także pamięci wzrokowej co wydawali mi się za każdym razem inni, obcy ludzie, ale podobnież to co tydzień ci sami. Jednak jednego znam długo, Alexa, ponieważ odwiedza Harrego nawet poza niedzielnymi schadzkami. Nieprzyjemny, obleśny. Tylko tak mogłam go określić. Non stop wychwalał się o nocach z co rusz inną laską, a ja nie wiem co te laski w nim takiego szczególnego widziały by wskakiwać mu "do łóżka".
- Niezła robota, Styles. - jakiś czarnowłosy chłopak z ciemną karnacją rzucił się w naszą stronę i zbił z Harrym "piątkę".
- Dzięki. - odpowiedział z wyrażnym zadowoleniem na jago twarzy.
- Moja nie wychodzi z domu, ponieważ tak ją "dotknąłem" w oko, że nawet te kobiece świństwa tego nie zakryły. - zachichotał ten sam szatyn. Harold pogratulował, po czym zrobili ten sam gest. To są jakieś zawody?! Kto bardziej obije swoją dziewczynę ten jest... No właśnie, kim? Nie rozumiem i raczej nie chcę tego rozumieć.
- Muszę was odwiedzić. - rzuciłam mu szybkie spojrzenie czego nie zdołał zobaczyć. Oczywiście wybierze się do nich bezemnie. Jak zwykle. Harry nigdy nie zabrał mnie w odwiedziny do swoich kumpli. Co było jego częstym zajęciem po pracy. Gdy opowiadał mi co u nich udawałam, że słucham czasem rzucając jakieś krótkie pytania dla utrzymania "rozmowy" i spokoju. Nigdy nie wiedzisłam o kim mówi. Błądziłam myślami. Nawt nie zorientowałam się kiedy Styles zaczął pokazywać rany i z zaangażowaniem opowiadać ich "historię".
- O, a ten! - wskazał na tył mojego ramienia. Dotknął palcem na co zasyczałam. Nie oglądałam w lustrze moich pleców. Chyba dobrze. - Bejsbolem tym, o tam. - wskazał na kija opartego w rogu pokoju obok regału z książkami - Z zamachem niczym Babe Ruth**. - podkulił nogi do klatki piersiowej i rechotał się jak 6-latek.
* Słynny angielski malarz
** Amerykański zawodowy baseballista
- Słucham. Co państwo chcą zamówić ? - UGH. Byli młodsi ode mnie o co najmniej rok, a ja do nich na pan/pani. Niestety "kultura tego wymaga"... cudowny szefunio. Jednak jadaczką nie mogę za bardzo kłapać, ponieważ pracę ledwo udało mi się zdobyć, a jakoś ze znalezieniem jakiejkolwiek innej nie szło mi najlepiej. Ważne że w ogóle coś mam. Restauracja na obrzeżach Londynu w godzinach przystępnych dla mnie była całkiem do zniesienia.
- Poproszę 2 cole i dwa razy cheeseburger. - wyrwał mnie z rozmyśleń o innej pracy jeden z nastolatów z głupkowatym uśmiechem.
- Dziękuję - rzuciłam szybki, najszczerszy uśmiech i udałam się za ladę. - Dwa cheeseburgery, jeden zestaw dnia i nugetsy z ketchupem. - krzyczłam jak głupia przez okienko do moich współpracowników z pracy. Gdy dali znak, że zrozumieli. Zajęłam się nalewaniem napojów.
- Gail, co robisz po pracy ? - wzdrygłam się przez nagły krzyk Colana, który był na drugim końcu baru. Poczułam na sobie kilka spojrzeń, co powiem nie bardzo było komfortowe jak dla mnie. Colan jest dla mnie jak brat. Możemy o wszystkim pogadać bez zbędnych niekomfortowych sytuacji.
- Przyjeżdża po mnie Harry. - puściłam mu szybkie spojrzenie po czym wróciłam do swoich czynności.
- Ah, daj spokój. Idę dzisiaj ze znajomymi do klubu. - podszedł do mnie bliżej by nie zwracać uwagi klientów. Oh, fajnie że dopiero teraz...
- Proszę Cię jakbyś Harolda nie znał. - zaśmiałam się sama do siebie.
- Nadal nie rozumiem Twojego myślenia. - oparł się łokciami o blat i spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem.
- To znaczy? - zmrużyłam oczy
- Znacie się miesiąc. Jesteście wspólokatorami i jesteście parą. Jak dla mnie to za szybko. Zwłasza z takim typem faceta jak Harry. - nie do końca zrozumiałam ostatniego zdania od przyjaciela. Za bardzo interesuje się życiem innych co mnie irytuje.
- Kontynuuj
- Co?
- Z takim typem... Czyli? - odstawiłam ostatnią cole na tacke.
- Kontrolujący, agresywny, wkurwiający się o byle co. To naprawdę nie zdrowe.. - przerwał - zwłaszcza dla Ciebie i dobrze wiesz o co mi chodzi. Nie udawaj głupiej, bo faktycznie Ciebie za nią wezmę. - słychać było w jego głosie coś jakby złamanie i gniew?! Co do jego emocji to trudno było go rozgryźć. Nie odpowiedziałam mu. Postanowiłam to przemilczeć. - milczenie nic ci nie da. Nie uciekniesz od tego wszystkiego jebanym milczeniem. - tym razem poczerwieniał ze złości.
- A co mam płakać?! - uniosłam się bardziej niż zamierzałam - Colan, nie mam 5 lat by "biegać do mamy" o jakieś gówna.
- Jakieś gówna nazywasz poobijane żebra ?! - wtórował mi tonem
- A daj spokój. - uspokoiłam się. Zlekceważyłam sposób w jaki się do mnuie odezwał.
- Martwię się o Ciebie, czy to źle Gail? - unosił się coraz bardziej. Dobrze, że lokal jest duży, a ludzie są od nas daleko.
- Nie to nie jest złe. Złe jest to że wpieprzasz mi się w życie. - rzuciłam ścierką o blat - zamówienia dokończ sam.
Nie czekałam nawet na jebaną odpowiedź z jego strony. Wyszłam na zaplecze, aby uspokić się przy fajce. Usiadłam na schodku i z fartucha wyjęłam paczke mentholi z zapalniczką. Sam dźwięk zapalniczki już koił moje nerwy. Zaciągałam się tym ostrym dymem i usunęłam z głowy wszystkie możliwe myśli. Pusto wpatrywałam się w skrzynie przede mną i rysowałam kciukiem wzory po wierzchu zapalniczki, którą miałam w dłoni. Nawet nie zorientowałam się ile tak już siedze, gdy usłyszałam charakterystyczny skrzepot starych drzwi zaplecza odwróciłam się energicznie i zobaczyłam wysokiego chłopaka z długimi, krętymi włosami.
- Harry! - wyrzuciłam fajke gdzieś w dal i rzuciłam mu się na szyje. Jękną przez mój ciężar. Co oznaczało, że trzeba wziąć się znów za siebie.
- Zabieram Cię wcześniej z pracy - powiedział oschłym głosem.
- Myślałam że masz dzisiaj ważną sesje...
- Już skończyłem. - urwał mi
- Okej. Tylko powiem szef...
- Wie. Ubieraj się i chodź. - zleciał po mnie wzrokiem od góry do dołu z zdegustowaną miną. Ała. Wiem że fartuchy firmowe nie były najpiękniejsze i najseksowniejsze, ale trochę... milej?! Wróciłam z zaplecza ściągając z siebie fartuch i odwieszając go na zapleczu, na wieszak i łapiąc w rękę czarną ramoneskę. Harry nawet nie fatygował się by zaczekać, ale taki już jest. Uparty i niecierpliwy. Wybiegłam z lokalu przeszukując wzrokiem po parkingu za czarnym rang roverem. Za długo mi to nie zajęło, ponieważ był kilkanaście stóp ode mnie. Gdy wsiadłam do auta nawet nie obdarzył mnie wzrokiem. Okej... Jechaliśmy niespełna 15 minut do naszego domku. Jest on ciasny, postawiony z ciemnoczerwonej cegły ustawiony pośród innych takich samych, niczym wagony metra. Dla nas dwojga w miarę dawaliśmy radę. Zaparkował na naszym podjeżdzie, na którym ledwo się mieścił. Śmieszne. Mieszkamy w klitce, a ma nietanie auto.
- Co dzisiaj będziemy robić? - spytałam, a jedyne w odpowiedzi dostałam mocne trzaśnięcie drzwiami. Zsunęłam się z wysokiego fotela i udałam się wolnym krokiem za chłopakiem do drzwi. Zamknęłam za sobą drzwi frontowe i nim zdążyłam zrobić jakikolwiek krok zostałam złapana ogromną dłonią za szyję i przyparta do ściany. Obserwowałam go uważnie. Zmrużył oczy uchylając się w stronę okna tuż przy nas. Obserwował coś przez chwilę po czym zasunął żaluzje. Jedyne źródło światła dziennego w salonie. Spojrzał na mnie i od razu wiedziałam co się kroi.
- Jesteś dziwką. - wrzasnął na co się skuliłam. Jego ciepły oddech obił mi się o twarz. Był pijany. - Kurwisz się na lewo i prawo z byle kim i byle gdzie. - syczał przez zęby. Wlepiłam w niego pusty wzrok. Przyzwyczaiłam się. - Nie nadajesz się nawet do pchania jebanej karuzeli. - rzucił mną o ziemię nadal trzymając. Uwielbiał chyba moją chudą szyje. Tym razem siedział na mnie okrakiem. Emocje w tym czasie mnie opuściły. Jednak poczułam zimne łzy na moich policzkach. Czy to normalne że przyzwyczaiłam się do poniżania i jedynie co ze mnie w tym czasie "wychodziło" to mimowolne łzy nad którymi nigdy nie umiałam zapanować?
- Harry - powiedziałam próbując złapać oddech. Jednak to było ostatnie co pamiętam.
...
Przebudziłam się naga w naszym łóżku, w sypialni. Leżałam na nim w poprzek. Spojrzałam w prawą stronę na okno nad naszym łóżkiem i zobaczyłam, że jest już wieczór. Zsunęłam się z łóżka i ubrałam pierwsze co wpadło mi w ręce, biały t-shirt Harolda. Na boso podeszłam do drzwi i lekko uchyliłam drzwi jakbym bawiła się w chowanego. Idiotyczne to co wyprawiam we własnym domku. Gdy zobaczyłam światło z dołu i usłyszałam głosy jakiegoś teleturnieju już pewniej ruszyłam na dół. Na kanapie, w salonie, zastałam Harrego w samych jasnoszarych dresach przeurzucającego z kanału na kanał i przeklinającego pod nosem. Rzuciłam się tyłem na kanapę gdzie od razu wpadłam w jego ramię. Pocałował mnie w czubek głowy.
- Pięknie wyglądasz. Jak się czujesz kochanie? - pokazał szereg białych zębów. Pokazał się mój dobry Styles, którego miałam niestety bardzo rzadko.
- Dobrze. - wtuliłam się bardziej w tors bruneta.
- Nieprzytomna jesteś dużo łatwiejsza - stwierdził poruszając znacząco brwiami z zalotnym uśmiechem. Odwzajemniłam to słabym półuśmiechem. Niechciałam o tym gadać. Tym bardziej, że byłam wtedy nieprzytomna i zupełnie nic niepamiętam. Nie wiem co ze mną robił. Wziął mnie za biodra i posadził na swoim kroczu przodem do siebie. - Co to za humorek? - powiedział.. zmartwiony?!?!?!?!
- Nic nie pamiętam.
- Oh. Uwierz mi na słowo. Byłaś niesamowita. Możemy to powtórzyć jak chcesz. - zaczął wsysać mi się w szyje gdzie poczułam pieczenie. Automatycznie odsunęłam się od niego.
- Pójdę wziąć prysznic. Zmęczona jestem.
- Ehh, dobiero wstałaś - skrzywił się. Zeszłam z niego i bez słowa poczłapałam do łazienki. Przekręciłam klucz. Zrzuciłam bluzkę i odwróciłam się, aby stanąć naprzeciwko lustra nad umywalką. Łzy popłynęły mimowolnie. Na szczęście jutro niedziela i nigdzie nie muszę wychodzić i pokazywać się nikomu, prócz mojemu Williamowi Turnerowi*. Nie dziwię się jemu, że wyglądam dla niego pięknie skoro "jego dzieło" było naprawdę dzisiaj wyjątkowe. Fioletowe sińce na całej szyji, podbite oko, rozcięta warga i zadrapania na całym brzuchu oraz na wnętrzu moich ud. Trudno było odróżnić zdrową, gładką skórę od świeżych ran lub tych co powstały w poprzednich "sesjach". Przejechałam opuszkami palców po draśnięciach lekko się przy tym krzywiąc. Dziwne. Z czasem przyzwyczajamy się do ludzi, przedmiotów, do rzeczy, które stają się naszą codziennością, a ja za żadne skarby nie mogłam się przyzwyczaić do ran na moim ciele. Jednak nieraz za nie dziękowałam Bogu, ponieważ one były lepsze od bólu psychicznego. Pomimo, że widziałam siebie w lustrze prawie codziennie, od 5 lat nie spojrzałam sobie prosto w oczy. Wiem tyle, że są brązowe i duże. Odkręciłam kurek z zimną wodą i weszłam pod lodowatą wodę kojąc się w bólu fizycznym tym samym zapominając o strasznej stronie Harrego i innych jakichkolwiek myślach. Stałam tam z około 20 minut wpatrującą się w jeden punkt zerując swoje myśli. Wybudził mnie z tego "snu" Styles drący się rozpaczliwie czy żyje. Co sobotę i niedziele wypomina mi, że lepiej jakbym zdechła to czemu tak bardzo martwi się o to, że mogę umrzeć? Chory rozum. No, ale cóż kocham go. Tego dobrego Harrego. 5 dni w tygodniu. Od poniedziałku do piątku.
Następny dzień.
Ze snu wybudził mnie głośny łomot. Nie byłam w stanie ponownie zasnąć, więc zeszłam z łóżka podchodząc do szafy i wybierając coś odpowiedniego dla Harrego na jego niedzielne spotkania z koleżkami. Gdzie uwielbiał pokazywać jak urządził mnie wczorajszego dnia. Wybrałam sportowy, granatowy, top i szorty w tym samym kolorze. Wyczesałam włosy i ułożyłam w wysokiego kucyka. Gdy byłam gotowa powoli ruszyłam na dół. W salonie już wszyscy siedzieli. Usiadłam na oparciu fotela, na którym siedział mój chłopak. Obiął mnie wokół talii i lekko przysunął w swoją stronę śmiejąc się z żartu, który któryś z jego znajomych rzucił. Nigdy Harry nie przedstawiał mi swoich kolegów, ani również ja do tego się nie kwapiłam. Przyglądać im się też się nie przyglądałam, ponieważ Harry się robił zazdrosny, a co za tym idzie... agresywny. Nigdy nie miałam także pamięci wzrokowej co wydawali mi się za każdym razem inni, obcy ludzie, ale podobnież to co tydzień ci sami. Jednak jednego znam długo, Alexa, ponieważ odwiedza Harrego nawet poza niedzielnymi schadzkami. Nieprzyjemny, obleśny. Tylko tak mogłam go określić. Non stop wychwalał się o nocach z co rusz inną laską, a ja nie wiem co te laski w nim takiego szczególnego widziały by wskakiwać mu "do łóżka".
- Niezła robota, Styles. - jakiś czarnowłosy chłopak z ciemną karnacją rzucił się w naszą stronę i zbił z Harrym "piątkę".
- Dzięki. - odpowiedział z wyrażnym zadowoleniem na jago twarzy.
- Moja nie wychodzi z domu, ponieważ tak ją "dotknąłem" w oko, że nawet te kobiece świństwa tego nie zakryły. - zachichotał ten sam szatyn. Harold pogratulował, po czym zrobili ten sam gest. To są jakieś zawody?! Kto bardziej obije swoją dziewczynę ten jest... No właśnie, kim? Nie rozumiem i raczej nie chcę tego rozumieć.
- Muszę was odwiedzić. - rzuciłam mu szybkie spojrzenie czego nie zdołał zobaczyć. Oczywiście wybierze się do nich bezemnie. Jak zwykle. Harry nigdy nie zabrał mnie w odwiedziny do swoich kumpli. Co było jego częstym zajęciem po pracy. Gdy opowiadał mi co u nich udawałam, że słucham czasem rzucając jakieś krótkie pytania dla utrzymania "rozmowy" i spokoju. Nigdy nie wiedzisłam o kim mówi. Błądziłam myślami. Nawt nie zorientowałam się kiedy Styles zaczął pokazywać rany i z zaangażowaniem opowiadać ich "historię".
- O, a ten! - wskazał na tył mojego ramienia. Dotknął palcem na co zasyczałam. Nie oglądałam w lustrze moich pleców. Chyba dobrze. - Bejsbolem tym, o tam. - wskazał na kija opartego w rogu pokoju obok regału z książkami - Z zamachem niczym Babe Ruth**. - podkulił nogi do klatki piersiowej i rechotał się jak 6-latek.
* Słynny angielski malarz
** Amerykański zawodowy baseballista
____________________________________
Na moim Wattpad są o jeden rodział szybciej.
Zapraszam na moje konto @Pola_Greg gdzie znajdziecie opowiadanie ! :)
ORAZ
W zakładce GALERIA znajdziecie zdjęcia do rozdziałów. Akutalizacja co dodany rozdział!
ORAZ
W zakładce GALERIA znajdziecie zdjęcia do rozdziałów. Akutalizacja co dodany rozdział!
piątek, 7 sierpnia 2015
PROLOG
2 miesiące wcześniej.
Wszystko spakowane. Teraz stoję we framudze drzwi do swojego pokoju i patrzę na niego pustym wzrokiem. Pomimo, że spędziłam tutaj całe moje dzieciństwo jakoś nie szkoda mi, że opuszczam te cztery, białe, ściany ze skrzypiącym starym biurkiem, nudną komodą i niewygodnym łóżkiem. Nie ma czego żałować. Wreszcie ukończyłam szkołę średnią w moim mieście, Dundee, w Szkocji. Tak mieszkam/mieszkałam w Szkocji, ale Szkotką na całe moje szczęście nie jestem. Teraz mam 19 lat i za 1,5 godziny mam być na lotnisku by uciec od tego całego gównianego życia, w gównianym mieście, z gównianymi ludźmi. Leniwie zarzuciłam plecak podręczny na prawe ramię i wzięłam w obie dłonie dwie czarne jak smoła walizki. Znoszenie ich ze stromych schodów raczej nie należało do mojego hobby. Z kilkoma przekleństwami pod nosem udało mi się bezpiecznie zejść po tych pierdolonych deskach. Ogarnęłam włosy i otrząsłam ręce, bo piekły mnie nieziemsko od "uszy" waliz. Wyszłam przez drzwi frontowe na podjazd, gdzie moja rodzicielka czekała w samochodzie. Gdy mnie zobaczyła wybiegła z niego jak postrzelona.
- Już myślałam, że się rozmyśliłaś. - powiedziała słabym głosem. Wzięła ode mnie walizę i siłowała się z nią podobnie jak ja w stronę bagażnika.
- Oh, nie pieprz. - skrzywiłam się.
- Wiesz, że drzwi są zawsze dla Ciebie otwarte. - położyła walizę obok bagażnika by go otworzyć po czym spojrzała się na mnie ze smutnym uśmiechem.
- Nie zamierzam tu już nigdy wracać. Rozmawiałyśmy o tym. Daj sobie spokój. - wkurwiała mnie. Chociaż naszego ostatniego spotkania mogłaby mnie nie wkurwiać?!
- Nie nazwałabym tego rozmową. - powiedziała pod nosem wkładając po kolei moje bagaże. Chyba z nadzieją, że nie usłyszę. Ojj, nie udało Ci się. Jednak to zignorowałam. Chcę utrzymać moje emocje na wodzy. Podałam jej mój plecak i poszłam zająć siedzenie pasażera. Pomimo, że już jestem pełnoletnia od ponad roku to jakoś nie ubiegałam się za bardzo o prawo jazdy. Nigdy nie ufałam sobie. Chwilę później weszła na miejsce kierowcy matka. Odpaliła silnik i wycofywała samochód z naszego podjazdu. Włączyłam radio po czym zaczęła lecieć jakaś denna muzyka. Nawet nie fatygowałam się o zmianę stacji, ponieważ nie miałam ochoty na muzykę. Po prostu to był jeden możliwy rodzaj ucieczki od rozmowy z nią lub od niezręcznej ciszy. Dojazd na lotnisko zajął nam jedynie pół godziny, na całe szczęście.
W chwili wjazdu na teren lotniska ściszyła radio. Świetnie... rozmowa.
- Pomóż mi poszukać jakiegoś miejsca na parkingu blisko wejścia. - spojrzałam na nią jak na idiotkę. Uważnie pilnowała drogi.
- Tam podjedź. - wskazałam na postój dla taksówek
- Tam nie można parkować... - skrzywiła się jakby wypiła kwasek cytrynowy. Szkoda, że faktycznie tego nie zrobiła.. oh wielka szkoda.
- Jest blisko wejścia.. jak chciałaś, a wypakowywanie walizek nie zajmie Ci godziny, abyś musiała parkować. - uniosłam się... trochę.
- Chciałam z Tobą poczekać na lot. - zapiszczała, co mnie zirytowało. Spojrzała się na mnie i raczej zadowolenia na mojej twarzy nie znalazła. - Ohh. - podjechała tam gdzie jej kazałam - Nie chcesz żebym z tobą poczekała.
- No co ty. - splunęłam i trzasłam drzwiami. Ruszyłam do bagażnika. Nawet nie czekałam na jej pomoc. Nim dotarła ja już wyjmowałam ostatnią walize. Wymusiła uśmiech i przytuliła mnie dłużej niż było to potrzebne. Stałam jak słup obładowana, gdy ona wisiała na mnie. Gdy się odsunęła widziałam przez chwile jej szklane oczy, ponieważ szybko się odwróciła do mnie bokiem by zatrzasnąć bagażnik. Odwróciła się do mnie całkowicie plecami i szybkim tempem wróciła na swoje miejsce kierowcy w biegu rzucając ledwo słyszalne "Do zobaczenia skarbie". Nim zdołałam zebrać myśli auta już przy mnie nie było. "Żegnałam" je wzrokiem przy wyjeździe. Gdy się "otrząsłam" wzdrygłam się przypominając sobie scene z przed paru chwil. Poprawiłam w dłoniach walizki i ruszyłam w stronę wejścia na lotnisko z błagalną nadzieją lepszego życia, w Londynie.
Wszystko spakowane. Teraz stoję we framudze drzwi do swojego pokoju i patrzę na niego pustym wzrokiem. Pomimo, że spędziłam tutaj całe moje dzieciństwo jakoś nie szkoda mi, że opuszczam te cztery, białe, ściany ze skrzypiącym starym biurkiem, nudną komodą i niewygodnym łóżkiem. Nie ma czego żałować. Wreszcie ukończyłam szkołę średnią w moim mieście, Dundee, w Szkocji. Tak mieszkam/mieszkałam w Szkocji, ale Szkotką na całe moje szczęście nie jestem. Teraz mam 19 lat i za 1,5 godziny mam być na lotnisku by uciec od tego całego gównianego życia, w gównianym mieście, z gównianymi ludźmi. Leniwie zarzuciłam plecak podręczny na prawe ramię i wzięłam w obie dłonie dwie czarne jak smoła walizki. Znoszenie ich ze stromych schodów raczej nie należało do mojego hobby. Z kilkoma przekleństwami pod nosem udało mi się bezpiecznie zejść po tych pierdolonych deskach. Ogarnęłam włosy i otrząsłam ręce, bo piekły mnie nieziemsko od "uszy" waliz. Wyszłam przez drzwi frontowe na podjazd, gdzie moja rodzicielka czekała w samochodzie. Gdy mnie zobaczyła wybiegła z niego jak postrzelona.
- Już myślałam, że się rozmyśliłaś. - powiedziała słabym głosem. Wzięła ode mnie walizę i siłowała się z nią podobnie jak ja w stronę bagażnika.
- Oh, nie pieprz. - skrzywiłam się.
- Wiesz, że drzwi są zawsze dla Ciebie otwarte. - położyła walizę obok bagażnika by go otworzyć po czym spojrzała się na mnie ze smutnym uśmiechem.
- Nie zamierzam tu już nigdy wracać. Rozmawiałyśmy o tym. Daj sobie spokój. - wkurwiała mnie. Chociaż naszego ostatniego spotkania mogłaby mnie nie wkurwiać?!
- Nie nazwałabym tego rozmową. - powiedziała pod nosem wkładając po kolei moje bagaże. Chyba z nadzieją, że nie usłyszę. Ojj, nie udało Ci się. Jednak to zignorowałam. Chcę utrzymać moje emocje na wodzy. Podałam jej mój plecak i poszłam zająć siedzenie pasażera. Pomimo, że już jestem pełnoletnia od ponad roku to jakoś nie ubiegałam się za bardzo o prawo jazdy. Nigdy nie ufałam sobie. Chwilę później weszła na miejsce kierowcy matka. Odpaliła silnik i wycofywała samochód z naszego podjazdu. Włączyłam radio po czym zaczęła lecieć jakaś denna muzyka. Nawet nie fatygowałam się o zmianę stacji, ponieważ nie miałam ochoty na muzykę. Po prostu to był jeden możliwy rodzaj ucieczki od rozmowy z nią lub od niezręcznej ciszy. Dojazd na lotnisko zajął nam jedynie pół godziny, na całe szczęście.
W chwili wjazdu na teren lotniska ściszyła radio. Świetnie... rozmowa.
- Pomóż mi poszukać jakiegoś miejsca na parkingu blisko wejścia. - spojrzałam na nią jak na idiotkę. Uważnie pilnowała drogi.
- Tam podjedź. - wskazałam na postój dla taksówek
- Tam nie można parkować... - skrzywiła się jakby wypiła kwasek cytrynowy. Szkoda, że faktycznie tego nie zrobiła.. oh wielka szkoda.
- Jest blisko wejścia.. jak chciałaś, a wypakowywanie walizek nie zajmie Ci godziny, abyś musiała parkować. - uniosłam się... trochę.
- Chciałam z Tobą poczekać na lot. - zapiszczała, co mnie zirytowało. Spojrzała się na mnie i raczej zadowolenia na mojej twarzy nie znalazła. - Ohh. - podjechała tam gdzie jej kazałam - Nie chcesz żebym z tobą poczekała.
- No co ty. - splunęłam i trzasłam drzwiami. Ruszyłam do bagażnika. Nawet nie czekałam na jej pomoc. Nim dotarła ja już wyjmowałam ostatnią walize. Wymusiła uśmiech i przytuliła mnie dłużej niż było to potrzebne. Stałam jak słup obładowana, gdy ona wisiała na mnie. Gdy się odsunęła widziałam przez chwile jej szklane oczy, ponieważ szybko się odwróciła do mnie bokiem by zatrzasnąć bagażnik. Odwróciła się do mnie całkowicie plecami i szybkim tempem wróciła na swoje miejsce kierowcy w biegu rzucając ledwo słyszalne "Do zobaczenia skarbie". Nim zdołałam zebrać myśli auta już przy mnie nie było. "Żegnałam" je wzrokiem przy wyjeździe. Gdy się "otrząsłam" wzdrygłam się przypominając sobie scene z przed paru chwil. Poprawiłam w dłoniach walizki i ruszyłam w stronę wejścia na lotnisko z błagalną nadzieją lepszego życia, w Londynie.
____________________________
Jeśli czytasz=komentarz.
Dzięki jakim kolwiek komentarzom rozdziły będą szybciej.
:)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)